czwartek, 13 listopada 2014

Nie zawsze jest łatwo...

          Posiadanie psiaka jest usłane różami, ale niestety czasem zdarza się nadepnąć na kolec, a jak się trafi wyjątkowo wredny kolec to łazimy z nim przez dłuższy czas... Kolcem, który przyniosła ze sobą Kora była jej lękliwość, choć w którymś momencie zaczęłam wątpić w jej obecność, jak tak czytałam i słuchałam jakie przeboje mają znajomi, którzy również mają psy uchodzące za lękliwe.
          Niestety moje wątpliwości ostatnio się rozwiały... Zaczęłyśmy z Korą ogarniać nie-gonienie rowerów i innych pokrewnych jednośladów, i niespodziewanie zjawił się kolejny problem, z którym najpierw do czynienia mieli moi rodzice, potem przy mnie Kora również zaczęła zachowywać się dziwnie. Zdarzały jej się "odpały", że nagle ruszała w stronę człowieka intensywnie go oszczekując - to były pojedyncze sytuacje, w ciągu dnia i nie posiadały wspólnego mianownika. Problem jednak niedawno zaczął się ostro pogłębiać... Kora bez ostrzeżenia wyrywa się w stronę ludzi i agresywnie ich oszczekuje... piszę agresywnie, ale mam na myśli strach, bo gdyby to była agresja to by faktycznie atakowała, a nie prosiła o przestrzeń. Próbowałam znaleźć wspólny mianownik, ale ponownie po zlokalizowaniu go w postaci mężczyzn w kapturach i czapkach pojawił się problem generalizowania... Wszyscy ludzie po ciemku, za dnia rzadziej, byli straszni... No i ta nieobliczalność, bo dziesięciu ludzi mija z obojętnością, na jedenastego rusza. Stwierdziłam, że to wypracujemy. Dawałam jej przestrzeń, mijaliśmy ludzi łukiem, albo, gdy było ciaśniej, odgradzałam ją ciałem od drugiej osoby i Kora stała się spokojniejsza - niestety propozycje zabawy w ramach odwrócenia uwagi kompletnie ignorowała. Nie rozumiałam dlaczego, ale i to szybko wyszło... Kora w ogóle zaczyna unikać spacerów...
          Wracam z pracy po 15 i nawet się nie rozbieram, tylko z uśmiechem na twarzy biorę Korę na 5-metrową smycz i ruszam na nasze sprawdzone ścieżki spacerowe. Kora z nieukrywanym entuzjazmem daje sobie ubierać szelki i zapinać smycz. Potem nie jest już tak fajnie... Pojedyncze, lub seryjne huki petard (szczęśliwego nowego w listopadzie...) powodują kompletną panikę. Sukcesem jest to, że jeśli strzał jest faktycznie pojedynczy, to Kora go jakoś przetrawia, ale kiedy jest ich więcej (nawet jeśli odstępy są długie), to mogę zapomnieć o spacerze, bo odwraca się i skowycząc ciągnie w stronę domu (i to tak ciągnie, że potem ledwo chodzi)... jeśli nie chcę podążyć za nią: staje przodem do mnie i zręcznym ruchem wyrywa się z szelek... na szczęście już mniej więcej wiem jak temu zapobiegać, ale ciągle jest obawa, że będzie szybsza.
          Ostatnio problem eskalował jeszcze bardziej... Kto zna Koreczka lub śledzi fanpejdża wie, że Kora jest niesamowicie aktywnym psem, który nawet po bardzo długich spacerach patataja radośnie w stronę domu by tam w końcu odespać. Ostatnio na spacery jest mniej czasu niż było, jak byłam niepracującym studentem, także liczyłam, że po pracy wyjdziemy na godzinę-półtorej i pies przynajmniej da upust energii. Nie... Po przejściu kilkuset metrów - nic nie strzela, nic nie stuka, nikt jej nie straszy, nie biegają wrzeszczące dzieci, nie trąbią klaksony, po prostu NIC się wielkiego nie dzieje, a ona zatrzymuje się, przesyła mi spojrzenie mówiące: "Pańcia, gdybym umiała to wybuchnęłabym płaczem", ogon wędruje między nogi i pies nie chce iść w żadną stronę... Dzisiaj np. znosiłam ją z ulicy, bo nie zdążyłabym przekonać jej słownie a siłą nie chciałam jej ściągać.
          To jest spojrzenie, które znam doskonale, to jest zatrzymanie, które znam doskonale. Czasem ogonem nie zdąży ruszyć a ja wiem, że muszę ją łapać, bo jeśli nie jest na smyczy, to odwróci się i na ślepo pogna przed siebie... To było bardzo rzadkie - ostatnio notoryczne... Już od ponad tygodnia nie możemy wyjść na normalny spacer. Kora dochodzi do jakiegoś punktu (staram się wybierać różnorodne trasy żeby wykluczyć konkretne miejsce), zatrzymuje się i akceptuje tylko kierunek: dom. Inaczej jest zapieranie się, wierzganie, skowyt... Do domu ciągnie jak oszalała, kiedy jesteśmy blisko zwalniam tempo żeby poczuła się bezpieczniej i choć trochę jeszcze powęszyła - to dla mnie zawsze sygnał, że trochę się uspokoiła i możemy iść do domu.
          Jak tylko dotrze do mnie wypłata wybierzemy się do weta żeby sprawdzić ogólny stan Koreczka, włącznie z badaniem krwi i będziemy suplementować tak, żeby spróbować załagodzić te objawy. Ze spacerów wracam z łzami w oczach - tak bardzo chciałabym jej pomóc... i mam nadzieję, że się uda.


niedziela, 9 listopada 2014

Koreczku - Psijacielu drogi!


O akcji

Naszym celem jest uświadomienie ludziom, że każdy pies to wydatek finansowy. Jako blogerzy często mówimy o naszym życiu z psem, przedstawiamy wspólne wyjazdy czy zdjęcia zadowolonego czworonoga. To sprawia, że wiele osób decyduje się na posiadanie psa w ogóle, a czasem na psa konkretnej rasy. Uważamy, że należy zwracać uwagę na fakt, iż pies to regularne wydatki: na jego żywienie, profilaktykę weterynaryjną, zaspokojenie potrzeb takich jak zabawa, spacer, socjalizacja czy wychowanie. Niejednokrotnie to również niespodziewane wydatki na leczenie. Bezpieczne i niosące satysfakcję uprawianie psich sportów – tak teraz modne – wymaga poświęcania funduszy na seminaria, kursy, zawody, akcesoria oraz właściwe przygotowanie fizyczne i psychiczne psa.

Każdego dnia w Polsce porzucane są kolejne psy. Często decyzja o posiadaniu psa podejmowana jest nierozsądnie, pod wpływem samych emocji, bez trzeźwego spojrzenia na obowiązek, który bierzemy sobie na barki. Takie psy, na które później nie ma pieniędzy, lądują w schroniskach, są wyrzucane na ulicę, przywiązywane w lesie czy po prostu niehumanitarnie uśmiercane. Często ludzie nie leczą swoich psów z podstawowych dolegliwości, a zamiast tego chcą je uśpić – aby wziąć kolejne, jeszcze zdrowe. Pragniemy, aby człowiek brał na siebie pełną odpowiedzialność za posiadanego czworonoga, i aby ta odpowiedzialność zaczynała się już na etapie planowania i zrozumienia, jakie wydatki muszą zostać poniesione.

Podsumowując, cały cykl ma na celu zobrazowanie, że posiadanie psa, mimo że jest niezwykłą przyjemnością, przygodą i możliwością posiadania cudownego przyjaciela, nakłada na nas również obowiązki. I że dobrą wolą i miękkim sercem nie opłacimy psu weterynarza czy zwykłych, niezbędnych dla niego rzeczy.

Więcej informacji znajdziecie pod adresem: www.psijacieludrogi.pl

Nadejszła wiekopomna chwila, kiedy i ja postanowiłam ruszyć tyłek i napisać notkę na temat mojej kochanej gotówkopożeraczki - Kory. Dużo osób porywa się na psa nie zastanawiając się jakie wiążą się z tym koszty. Skutki są opłakane, bo z powodu "trudnej sytuacji" psy są potem oddawane... Niby szlachetne, bo jest nadzieja, że "gdzieś" będzie miał lepiej? a co jeśli do końca życia zostanie w schronisku ze złamanym serduszkiem, że ukochana Pani oddała? Bywa i tak... Wydatki chcę podzielić na te niezbędne i te zbędne... bo tych drugich mam sporo i byłoby to niemiarodajne. Kora jest u mnie dwa lata z niewielkim haczykiem i ten okres będę rozliczać. No i istotne jest to, że adoptowałam ją jako dorosłego, ok. 2-letniego psa, także odpadały wszelakie środki do nauki czystości (bo tej na szczęście była nauczona).

Koszt psa

Tutaj akurat poszło bezboleśnie, bo Kora została przeze mnie adoptowana z gliwickiego schroniska, w którym nie wnosi się żadnych opłat za adopcje i nie płaci się również podatku od posiadania piesa jeśli jest to adopcyjniak. Suma summarum oszczędność 43 zł rocznie. Byłabym skłonna je płacić jeśli powstałoby więcej koszy na psie odchody i jakiś wybieg... ale to nie miejsce na te wywody.



Suma: 0 zł

Wyprawka

Kora była pierwszym psem "na poważnie". Za Uli-przedszkolaka mieliśmy miks wyżła z owczarkiem, ale psiak ciężko chorował i spędził z nami niespełna dwa lata. Nietrudno odgadnąć, że niewielki miałam wkład w wychowanie tamtego psa. Teraz miało być inaczej.


Wyprawka składała się z: legowiska (ok. 120 zł), 2 misek ze stali nierdzewnej (ok. 20 zł), obroży (ok. 10 zł), smyczy (ok. 13 zł), szamponu neutralizującego psi smród :D (ok. 11 zł), klikera (ok. 8 zł), szczotki (ok. 25 zł), zabawek - nie wiedziałam, co się spodoba (w sumie ok. 45 zł), karmy Dog Chow (nie wiedziałam co czynię... ok. 17 zł) i smakołyków za ok. 5 zł. Kocyk polarowy, który potem wylądował na legowisku mieliśmy na stanie także jego nie doliczam :)

Suma: 274 zł

Weterynarz

Przechodzę od razu do weta, bo po adopcji Kory najpierw pojechałyśmy tam, a dopiero potem do domu. Szczepienie przeciwko wściekliźnie było jeszcze "refundowane", stan psiaka został oceniony jako dobry. I mogliśmy śmigać do domu.



Jednak narastające drapanie się po uszach (aż do skowytu) nie dawało nam spokoju i po wizycie u naszego weterynarza okazało się, że pozornie czyste uszy kryją świerzbowca kociego... Zaczęło się leczenie, które wyniosło nas pewnie ok. 200 zł, bo cholerstwo ciężko wytępić.



Wszelakie szczepienia wyniosły nas przez te wspólne dwa lata ok. 170 zł. Wykonany na własną rękę RTG stawów biodrowych hm... jakieś 80 zł włącznie z głupim jasiem i wybudzaczem, i długaśną rozmową na temat stanu Korka. Jakiś czas później dokupiłam też suplement na stawy, który wyniósł mnie 60 zł, ale starczy na bardzo długo.



Suma: 450 zł

Żywienie

Kora nie je dużo... Dokarmiana przez rodziców dostawała ode mnie mniejsze porcje - teraz już wyważyliśmy ilość karmy + dokarmianie, którego nie da się wyplenić i je... no właśnie niewiele. 

Karmy suche. Próbowałyśmy różnych karm... Dog Chow (uwielbiała, ale śmieci), Acana (super, ale nie lubiła) i pewnie jeszcze coś o czym nie pamiętam, i na te próby to z 50 zł spokojnie poszło (kupowane na wagę). Największą głupotą było dać się namówić na kupno 15 kg Brita, który na próbie Korze zasmakował, a jak już było te 15 kg to je miała w... poważaniu... i to nie drogą przez żołądek. W 8 miesięcy ubyło ok. 5 kg, co nie daje nawet 10 dag dziennie... tak bardzo gardziła... Reszta karmy poszła na rozdanie i tak 90 zł poszło w błotko. Ostatnio ustatkowałyśmy się na Nature's Protection i ProPlan z łososiem (taaak dostaje dwie lub więcej na zmianę), na które wydałyśmy ok. 75 zł na NP i 32 zł na PP. Jakby kombinatorstwa było za mało... jeśli w planach mamy długi spacer dostaje CSJ wysokobiałkowy, który jednak otrzymałyśmy w prezencie, także nie płacimy za niego nic. Odkryte na wyprzedaży Fish4Dogs i Taste Of The Wild niedawno z mojego konta skradły 70 zł. Karma jeszcze nie otworzona, bo najpierw kończymy poprzednie, ale pewnie starczy tego co mamy na pół roku :P.

Karmy mokre. Kora dostaje codziennie niewielką ilość. Tym sposobem puszka Brita, czy Carno starczy nam na ok. tydzień. Ceny puszek wahają się w rejonach 6-7 zł, co daje wydatek rzędu: 160 zł na te dwa latka.

Dosmaczanie. Sprawa niezupełnie konieczna pomijając żwacze, które były nadzieją na wyleczenie gównojada z gównojedzenia... Nie udało się, a żwacze pochłonęły ok. 80 zł mojego budżetu. Ceny smaków wrzucę w rubrykę "opcjonalne".



Suma: 285 + 160 + 80 = 525 zł

Pielęgnacja

Szczotka została wymieniona przy wyprawce, ale z biegiem czasu i utraty kilograma sierści u Kory nabyłyśmy coatminatora za 60 zł i używałyśmy suplementów, jak Gammolen za 40 zł i OmegaTrin za ok. 25 zł. Szampony różne wyniosły nas jakieś 50 zł. Cążki do obcinania pazurów zostały w spadku po króliku, więc się nie liczą ;).



Suma: 175 zł

Odpowiedzialny właściciel

Worki na psie odchody to wydatek rzędu 10 zł za 80 worków, czyli jakieś 80 zł pewnie poszło - dużo spacerujemy po lasach. No i kaganiec był drogą przez mękę przy niewymiarowym pysiu Kory... nylonowy, skórzany, w końcu fizjologiczny za w sumie ok. 80 zł. Klatka kennelowa - konieczna na nasze wyjazdy, nie zawsze konieczna, ale pożyteczna, w domu. Wybrałam drogi model materiałowej klatki firmy Vario za 210 zł. Można dostać taniej klatki materiałowe ze stelażem. Przyznaję, że estetyka wygrała, ale jestem bardzo zadowolona :)



Suma: 370 zł

To by było na tyle z takich podstawowych wydatków. Oczywiście smycz można zastąpić mocnym sznurkiem z zapinaniem ze sklepu budowlanego, zamiast legowiska dać ciepły kocyk (albo własne łóżko :P) i pewnie można wiele innych oszczędności wymyślić, ale żywienia i weterynarza się nie przeskoczy... albo jeśli przeskoczy się żywienie to się odbije na weterynarzu - niestety.

Koniec końców wyszło razem: 1794 zł 
Co przy psie 10,5 kg daje ok. 5 zł dziennie. Oczywiście wydatki jak kaganiec, kennel, czy legowisko w przyszłości tą średnią mogą zaniżyć, ale warto sobie uświadomić tą kwotę.

Reszta jest... opcją :)

Smaczki i to, co dookoła

Jako smaczki można wykorzystać ser, parówki, ale u nas była to głównie sucha karma - zwykle inna niż ta, którą jadła, także na nie pieniędzy szło stosunkowo niewiele. Raz wydałam na opakowanie Royal Canin 36 zł, bo miałam sprawdzoną jako smaczki... Jakie to człowiek głupoty robił :P Poza tym różne mniej lub bardziej zbożowe smakołyki ok. 30 zł, potem już lepszej klasy suszony kurczak itp. za jakieś 100 zł. Dla mnie saszetki (a jakże!) przywieszana za ok. 15 zł, trzy nerki jedna za 25 zł, druga 34 zł, trzecia w prezencie ;). Jeśli o gryzaki chodzi to: kurze łapki (50 zł), kości z alpha spirit (20 zł), 8in1 (40 zł), Fish4Dog (30 zł). No i pewnie było tego jeszcze trochę, ale to jest taki standard u mnie i nie ma co wydziwiać.

Suma: 280 zł

Zabawki, wszędzie zabawki...

Kora nie jest, w przeciwieństwie do mnie, entuzjastą zabawek i większość z nich mogłabym opchnąć jako nieużywane :P tak czy owak co chwilę coś kupowałam w nadziei, że się spodoba i że to będzie TA zabawka :). Skineeezy kosztowały mnie jakieś 45 zł. Frisbee ok. 40 zł - kilka dostałam, jedno ukradłam Ani :P + 2 materiałowe za ok. 20 zł. Szarpaki za ok. 30 zł. Aport na żarcie (jedno co Kora kocha absolutnie! bardziej niż skineeezy) dostałam w prezencie z Niemiec, bo poprosiłam ;). Koziołek-porażka ok. 20 zł. Kong Senior i Safestix ok. 50 zł. Kula smakula za ok. 25 zł. I wiele innych jak piszczące kurczaki, piłki, piłki na sznurku... jakieś 60 zł na pewno.

Suma: 290 zł

Piękną być...

Zupełnym nadużyciem niekoniecznym była maszynka do strzyżenia za 50 zł. Jestem bardzo zadowolona, co nie zmienia faktu, że nie była ona konieczna :).

Suma: 50 zł

Nie szata zdobi psa

Obroże... Szelki... Smycze... ehm :P Na obroże (nie licząc tej z wyprawki!) poszło ok. 40 zł. Na szelki (2 step in, jedne guardy i jedne norwegi) ok. 80 zł, a smycze (nie licząc tej z wyprawki!) 40 zł + długa 10 m za 30 zł + bardzo długa 20 m samoróbka za ok. 30 zł + do tropienia za ok. 45 zł. No i dereczka za całe 36 zł :) aaa i jeszcze derka chłodząca - samoróbka, która wyniosła mnie jakieś 11 zł :)

Suma: 312 zł

"Schow się"

Nie umiałam rodziców przekonać do kennelu, przekonałam ich do materiałowej budy za 120 zł. Nie zastąpiła ona jednak niezastąpionego kennelu.

Suma: 120 zł

Seminarium z tropienia użytkowego z Katarzyną Harmatą

Dokładnie nie pamiętam, ale chyba 320 zł i było to bardzo dobrze zainwestowane 320 zł ;)

Nie dorzucam tutaj wydatków typu: jazda komunikacją miejską, czy wyjazdy "gdzieś tam", bo to są też wydatki opcjonalne. Niektórzy jeżdżą autem, inni pociągiem, inni autobusem, a co miasto to taryfa... np. we Wrocławiu płaciłam za Korę 1,50 zł, gdzie w Gliwicach w KZKGOP muszę bulić 3,20 zł. W pociągach w TLK płaci się 15 zł, PR i IR 4,50 zł, a Kolejach Śląskich chyba 2,50 zł zapłaciłam.

Suma to... kolejne: 1375 zł!

Także jeśli siedzi w Tobie rozrzutny właściciel, jak ja, który chce wszystkiego, co najlepsze dla swojego kundla to czeka Cię wydatek łączny ok. 3169 zł - tak, sama jestem przerażona!
Taka kwota to blisko 1600 zł rocznie, czyli 4,50 zł dziennie. Może nie wydaje się to dużo jak się na dni rozbije, ale może być tak że długo długo nie ma wydatków, a nagle trzeba wydać 300 zł na leczenie... 

Także wybierajcie odpowiedzialnie i nie czarujmy się: mniejszy pies mniej kosztuje. O ile to nie york z pseudohodowli z milionem chorób, który musi co kilka miesięcy odwiedzać groomera. Kupuj / adoptuj odpowiedzialnie. To jest obowiązek na całe psio-ludzkie życie!.

Na podsumowanie przemówię obrazem :D


poniedziałek, 20 października 2014

Kora - już dwa lata w naszym domu! :)

          Historia znana osobom, z którymi rozmawiałam o Korze i tym, którzy na fanpejdżu czytali notki na temat Koreczkowej historii. Dzisiaj wprowadzę nieco nową formę, mianowicie piszę ją... razem ze mną!!! Kora... nie wtrącaj się :P Tak, piszę ją razem z Korą, która będzie pisała kursywą i na ciemno-niebiesko :).

          15.10.2012. W końcu namówiłam mamę do odwiedzin w schronisku żeby zobaczyć mojego wymarzonego psiaka. Chciałyśmy się dowiedzieć możliwie dużo o Korze Kropeczce! tak... wówczas Kropeczce, żeby sprawdzić, czy aby na pewno do siebie pasujemy. Zahaczyłyśmy o zoologa żeby wziąć jakiś smakołyk, a w drodze mało nie straciłyśmy podwozia jadąc do schroniska. Przyjęto nas serdecznie, powiedziałam o jakiego psa chodzi i pani powiedziała, że ją przyprowadzi. Kropeczka nie wyszła... ona wystrzeliła z budynku.
          Jaaaaa cie! wypuścili mnie! iiiiha! ale genialnie! biegam! ja bieeeegaaam! osz kurka i rozwolnienie mam... tururu... skończyłam! bieeeeegam! juhu!!!!
          I tak sobie to podobno kulawe biegało jak błyskawica mając nas, delikatnie mówiąc, w poważaniu. Oj tam oj tam... ale potem usłyszałam szelest! No właśnie... wyciągnęłam smakołyk i nagle biała smuga zaparkowała mi przed nogami. Nie widziała mnie, patrzyła w jedzenie. Nawet jak spojrzała w moją stronę to jej oczy wydawały się strasznie puste... Długo rozmawiałyśmy o wszelkich wadach, zaletach i potencjalnych problemach pieseła. Uczciwie powiedziano nam kilka razy że nie wiedzą odpowiedzi na jakieś pytania - mają prawo. Dostałyśmy smycz, zrobiono z niej pętelkę i zaproponowano żebyśmy z Kropeczką poszły na spacer... wyglądał on rozpaczliwie :P
          Duszę się... ale nieważne! spacer! kurka! spaaaacer - tylko coś mnie na sznurku hamuje... a kij z nimi ja bieeeeegam! cioram nimi prawie po ziemi hihi, ale jestem na zewnątrz! szał! jeeeej!

          Ze spaceru wróciłyśmy po ok. 5 min i mimo przerażenia mojej mamy stwierdziłam, że to TEN pies. Powiedziałyśmy, że ją rezerwujemy i zdeklarowałyśmy się, że w sobotę tj. 20.10.2012 ją odbierzemy. Tymczasem zajęłyśmy się bardzo przyjemną częścią związaną z "wprowadzką" nowego lokatora... zakupy! One były jak dzień dziecka... Tyle pięknych rzeczy :) Efekt końcowy wyglądał tak:


          Karma Dog Chow, z której szybko zrezygnowałam jest pyszna! ja wiem, tylko wydalałaś po niej niczym labrador :P. Miski, smycz, obroża, szczotka, szampon, legowisko, piłki, ringo, piłka na sznurku, frisbee i kliker. To wydawało mi się najbardziej odpowiednie.
          Nadeszła sobota. Stresik był niemały... Pojechałyśmy z mamą biorąc ze sobą tylko smycz i obrożę. Wypuszczono małe białe tornado, które wpadło do gabinetu pani dyrektor schroniska...
          Łuhu! wolność! ojacie! pobiegam w kółko! o! ciocia! walnę się na plecy! miziaj! albo nie, czekaj! krzesło!!! hop! uuuups prawie przewróciłam, nieważne, juuuhu jakie życie jest piękne! jupiiiii!
          Pobiegało to to i wybiegło znów na dwór. Załatwiałam w tym czasie formalności, bo to ja na papierze i w życiu miałam być opiekunem łaciatego kundelka. Nagle wpadła wolontariuszka i powiedziała, że...
          O jaaa! otwarta brama schroniska! znaczy się uchylona! zmieszczę się! jeeee! udało się! las! jaki piękny las! pobiegam sobie! huraaa! o nie! człowieki mnie gonią! jestem szybsza! hahaha :D juhuuuu! ups... złapali mnie...
          Mały oszołom uciekł poza bramy i ani myślał wracać z lasu. Wniesiono ją z powrotem do budynku, gdzie założyłam jej obrożę. Kropeczka - Kora - była moja. Wolontariusze życzyli odchodzącemu psiakowi powodzenia, a my udałyśmy się na zewnątrz. Mama pojechała kawałek dalej autem - po pierwsze nie wiedziałyśmy jak powypadkowy pies zareaguje na auto, a pierwszy odcinek jest baaaaardzo wyboisty, po drugie żeby się mogła załatwić. Rozwolnienie pozostawiło też w aucie ślad po sobie... nieważne :P Szłam z Kropeczką... już Korą :) która prawie wyrywała mi ręce. Jak tylko otworzyły się drzwi z auta pies wpadł tam niczym torpeda. Siadłam z nią z tyłu i trzymałam żeby nie zrobiła sobie krzywdy (nie miałyśmy szelek, ani pasów bezpieczeństwa). Nie chciała się kłaść, dopiero z łagodną stanowczością udało mi się ją położyć. Spojrzała mi w oczy - tym razem spojrzenie nie było puste, tylko onieśmielone i wystraszone. Polizała mnie po dłoni. Łzy mi napłynęły do oczu... była 13:23.
          Pojechałyśmy do weterynarza żeby zaszczepić Korę przeciw wściekliźnie. Zachowywała się grzecznie, choć była wystraszona. Dojechałyśmy. Wpuściłyśmy ją do ogrodu i wbiegła do garażu, gdzie był mój ojciec. Padła na plecy i dała sobie miziać brzuszek... przez trzy sekundy, bo chwilę później zaczęła znów jak świr biegać po ogrodzie. Zapoznała też pierwszych sąsiadów. Od razu poczuła się jak u siebie.
          To wszystko moje? Naprawdę to wszystko jest MOJE? Ogród? Dom? Człowieki? Szaleństwo!

          Tak to mniej więcej było :). Wiele się od tego czasu zmieniło. Poziom energii nie spadł, ale przekierował się tylko na dwór - w domu śpi całymi dniami. Udało nam się trochę ogarnąć strach przed parasolami i bronienie gryzaków. Ciągle socjalizujemy się z dziećmi, miastem, rowerami... czym popadnie :). Jestem mega dumna z tych dwóch lat i cieszę się niezmiernie, że wybrałam akurat tego psa :). A tu pierwsze chwile w domu:



sobota, 4 października 2014

Przed-Psistankowe refleksje...

          Nie ukrywam, że trochę nachodzi mnie stres. To będzie nasz drugi występ na tzw. Psistanku. Imprezie od kilku lat organizowanej w Gliwicach, imprezie, dzięki której dojrzałam i pokochałam Korę.


          Po adopcji miałam szalony pomysł, że rok później, w 2013, wystąpię z Korą na Psistanku. Nie umiałyśmy wiele, ale Kora miała chęć i zapał, i jak na pierwsze jej takie wystąpienie byłam z niej bardzo dumna, choć na tle innych wypadaliśmy, delikatnie rzecz ujmując, słabo.
          Jutro, a właściwie dzisiaj, bo jest po północy, kolejny raz pokażemy, że schroniskowe psiaki też potrafią. Nie wiem skąd we mnie jakieś dziwne obawy, że spotkam się z krzywymi spojrzeniami. Piszę, żeby sama siebie uspokoić.
          Kora to mój odzysk. Mój kontuzjowany odzysk, który nigdy nie będzie wymiataczem. Kora to mój Skarb, którego bym nie zamieniła. Może i potrafimy niewiele, ale cieszę się z każdej wykonanej przez nią sztuczki, mimo, że muszę ładować w nią tonę smaków żeby działała z większym zapałem.
          Mam nadzieję, że ten mój mały łaciaty kundelek pokaże mi, że nie ma się czego obawiać, że mam się dobrze bawić i to jest priorytetem... Może te obawy powstały dlatego, że jestem "u siebie", w Chorzowie na Zwierzynaliach jakoś łatwiej przychodziły nam te popisy i wygłupy, choć tam stawka była wysoka. Nie wiem co myśleć, ale wiem, że muszę ochłonąć, bo to nie ja mam wypaść dobrze, a pies, a pies jest cudowny, tylko nauczyciela ma nieudolnego...
          A tu występ z zeszłego roku:


środa, 1 października 2014

Bardziej osobiście... o zakończonych studiach.

Pamiętam rok 2008, kiedy z koleżanką z liceum szukałyśmy rozpaczliwie budynku, w którym miał się odbyć dzień adaptacyjny... nie zdążyłyśmy, bo wszelkie drogi prowadziły nas do Collegium Maius, a ludzie pytani o Plac Staszica spoglądali z niedowierzaniem, że takie miejsce w Opolu istnieje. Niezły początek ;)

Padło na germanistykę. Choć moim marzeniem była weterynaria ostatecznie jestem wdzięczna, głównie mojej mamie, że nakierowała mnie właśnie na ten kierunek. Na celowniku miałam cztery uczelnie... w Katowicach, w Opolu, w Sosnowcu i Nysie. Nysa odpadła w przedbiegach, bo dojazdy były zbyt skomplikowane i długie, a nie planowałam się przeprowadzać. O Sosnowcu słyszałam, że uczelnia powoduje choroby serca i nerwice :P poza tym... to Sosnowiec, a jako zdeklarowana dziołcha ze Śląska nie chciałam się kazić (pomijam fakt, że kilka osób powiedziało, że przestanie się ze mną zadawać). Jeśli chodzi o Katowice, to byłyby one bliżej od Opola i dojazdy też niezłe (choć na dworzec musiałabym jeszcze podjeżdżać autobusem), to miałam okazję poznać osobę (moją nauczycielkę z LO), która tą uczelnię ukończyła i zrobiła mi skuteczną anty-reklamę. Padło na Opole i tylko tam powędrowały moje papiery. Dojazdy spoko. Stosunkowo częste, dworzec bliziutko domu, bezpośrednie dojazdy, dodatkowe 1 godz. i 10 min spania/nauki/rozmów (od kiedy zaczęły się remonty czas wydłużył się do 1 godz. 35 min :P) cena miesięcznego w przeciągu tych sześciu lat oscylowała między 132 zł a 151 zł. Taniej niż najtańszy akademik :P


Pierwsze tygodnie na uczelni wykruszyły jakieś 20-30% studentów. Nawet ja, która język znam od zawsze, nie radziłam sobie ze zrozumieniem mądrej mowy wykładowców. Było ciężko, ale prawie wszyscy byli wystraszeni. Minimalna aktywność, próba zniknięcia w tłumie była normą, którą dosyć szybko starałam się przełamywać. Stwierdziłam, że lepiej powiedzieć cokolwiek i ewentualnie dobrze trafić niż głupio milczeć. Faktycznie wykładowcy bardzo pozytywnie odbierali te nieśmiałe próby aktywności - polecam, bo czasami to pierwsze wrażenie zostaje na lata.

Było mi o tyle łatwiej, że razem ze mną na roku były dwie koleżanki z liceum, także od razu miałam z kim porozmawiać, wymienić się spostrzeżeniami i mogłyśmy liczyć na wzajemną pomoc. To daje ogromne poczucie bezpieczeństwa. Z czasem jednak te znajomości osłabły, a powstały przyjaźnie z innymi osobami - głównie z dwoma, z jedną z nich kontakt nadal się utrzymuje. Druga z dnia na dzień stwierdziła, że mnie nie zna i przestała mnie poznawać na ulicy, co nadal mnie cholernie boli...


Jak wyglądały studia? Najpierw licencjackie. Już na pierwszym roku miałam to wątpliwe szczęście mieć "kampanię wrześniową" z jakże uroczego przedmiotu zwanego gramatyką opisową - jak tylko słyszę te dwa słowa to mnie ciarki przechodzą. Udało się. Wiele nieprzespanych ze stresu nocy, krew, pot i łzy. Dałam radę i obiecałam sobie, że choćbym miała na rzęsach stawać to do kolejnej kampanii nie dopuszczę. Słowa dotrzymałam. Wykładowców miałam okazję poznać różnych i właściwie na studiach licencjackich nie było takiego, którego bym nie polubiła. Jasne, że bywali mniej lub bardziej dziwni, czy z jakąś konkretną, denerwującą cechą, ale przeważali ci fajni, kontaktowi i przede wszystkim empatyczni.

Teraz rozwiążę zagadkę, dlaczego moje studia trwały 6 lat, skoro germanistyka trwa normalnie 5. Przez formalności. Ogólnie wszelkie systemy, papierkowe roboty, bieganie, załatwianie na chyba wszystkich uczelniach (i nie tylko) są zmorą, a słowo "dziekanat" wywołuje odruch wymiotny. Wszyscy byli już silni, zwarci i gotowi do egzaminu licencjackiego, który nie polegał na napisaniu i obronie pracy, a na egzaminie z dwóch gigantycznych działów: językoznawstwa i literaturoznawstwa. Dostaliśmy przed egzaminem listę zagadnień... hahahaha! Żarcik. Lista zagadnień była - owszem, ale zmieniała się tyle razy, że w końcu sami potraciliśmy się w tym co ma być, a co nie. Do pierwszego terminu egzaminu licencjackiego, przyznaję, podeszłam mało przygotowana i nie zdałam. Nie denerwowałam się za "uwalenie", bo uważałam je za zasłużone. Drugi i ostatni, termin był we wrześniu. Przygotowywałam się przez ponad miesiąc ucząc się praktycznie codziennie i kładąc szczególny nacisk na językoznawstwo, z którego byłam po prostu słaba. W końcu nadszedł ten wielki dzień, kiedy do egzaminu podeszłam po raz drugi. Wylosowałam dwa pytania i zdębiałam. Pytanie z językoznawstwa nie mówiło mi kompletnie nic - czarna magia, tabula rasa! Próbowałam coś wymyślić, ale to było za mało. Wyszłam z płaczem. 

Okazało się, że obowiązywała inna lista zagadnień różniąca się o UWAGA dwa - d-w-a - zagadnienia... i z prawie trzydziestu wylosowałam właśnie jedno z tych dwóch... Świat mi się zawalił. Kilka miesięcy wychodziłam z dołka, w który wpadłam. Uważałam się za debila i śmiecia, i że żadne moje staranie nie zostanie nigdy nagrodzone, że po co to wszystko?

Kto mi pomógł z tego wyjść? Przyjaciele, ówczesny chłopak, psychologowie i... wykładowcy. Nie ukrywali zdziwienia, że "akurat JA" mogłam sobie nie poradzić. Nie w ten negatywny sposób, tylko na zasadzie "dużo gorsi się jakoś prześlizgnęli a JA nie?". Nie byłam alfą i omegą, nie byłam najlepsza, ale miałam wysokie kompetencje językowe i zwykle dosyć rzetelnie przygotowywałam zadane prezentacje itp. A zabiła mnie zła kartka z pytaniami. Śmiech na sali...


Z czym się wiązał niezdany licencjat? Z ogromnym bałaganem. Zwykle jest prosto - 600 zł - powtórka szóstego semestru (która zwykle sprowadza się do przepisów z poprzedniego roku) i ponowne przystąpienie. No ale to byłam JA, to nie mogło być tak łatwo... Rok po moim rozpoczęciu studiów - "ogólnej" germanistyki, wprowadzono specjalizacje... Doszły nowe przedmioty, o których ja na uszy nie słyszałam i które były związane z daną specjalizacją (jak np. tłumaczenia konsekutywne [ustne] na specjalizacji translatorycznej). Co musiałam zrobić? Poza przedmiotami na które chodziłam musiałam pozaliczać WSZYSTKIE (ok. 15) przedmioty, których nie miałam, a są związane z daną specjalizacją... Co z tego, że niektóre trwały tylko przez piąty semestr? Żeby spełnić oczekiwania musiałam chodzić na wybrane zajęcia na 1, 2 i 3 rok równocześnie przez cały 5 i 6 semestr! Nietrudno odgadnąć jak bardzo byłam w tym wszystkim zagubiona i samotna... Ale i tu dałam radę. Nie był to rok stracony, bo miałam dzięki temu przedmioty, o których marzyłam i pokochałam fonetykę, której praktycznie do tamtego czasu nie rozumiałam ani trochę!

Przystąpiłam w czerwcu do kolejnego egzaminu licencjackiego (tym razem miałam dobrą listę zagadnień, która w dodatku została uproszczona) i zdałam literaturoznawstwo śpiewająco, a językoznawstwo dobrze. Po podliczeniu średniej z egzaminu i ocen wyszło 4,5 na dyplomie. Skończył się licencjacki koszmar.


Idąc za ciosem złożyłam papiery na studia magisterskie. Obawy również były duże, bo znów wpadałam w grupę ludzi, która była mi praktycznie obca... Wybrałam profil literaturoznawczy, co okazało się świetną decyzją, bo zainteresowanych było naprawdę mało i tak powstała chyba najcudowniejsza 9-cio osobowa grupka, która świetnie się ze sobą potrafiła dogadać. Oczywiście, że zdarzały się lepsze i gorsze dni, ale generalnie łatwo było o jakiekolwiek ustalenia przy tak małej ilości ludzi... i przede wszystkim przy tak świetnych ludziach!

Na studiach magisterskich było mi jedynie o tyle trudniej, że trafiłam na Jędzę... Nie będę pisała ksywek, kryptonimów, bo osoby, które mnie znają doskonale wiedzą o kogo mi chodzi. Jędza była wykładowcą i była maksymalną formalistką zapominającą, że nawet wykładowca ma prawo być człowiekiem. Od początku mnie nie lubiła, bo próbowałam ją raz zwalczyć jej własną bronią, czego nie wybaczyła mi po dziś dzień - nawet na korytarzu nie odpowiada mi na "dzień dobry", ale to tylko świadczy o niej, a nie o mnie. Zawsze traktowała studentów z góry nie potrafiąc nas jednak przekonać swoją wiedzą i umiejętnościami, a jedynie tym, że ona może, bo ma władzę. Odzwierciedlało się to idealnie w moich ocenach z jej przedmiotów, bo śmiałam uznawać, że tłumacząc jakieś słowo można użyć odpowiednika, a nie idealnie tego słowa, które ona nam podała. Zła Ula! Bardzo zła! Fe! Przetrwałam jednak te dwa lata. Reszta wykładowców była bardzo w porządku.

Aaaa! No i jakby to było, gdyby nie przydarzyła się i niemiła przygoda. Zaproponowano nam DARMOWE wyrobienie sobie uprawnień pedagogicznych. Musieliśmy poza naszą specjalizacją chodzić jeszcze na sporą część przedmiotów specjalizacji glottodydaktycznej. Jedna koleżanka i ja podjęłyśmy wyzwanie. Kapało nam po dupach... Nasze zajęcia, ich zajęcia, praktyki... Wszystko po to żeby po roku takiego zapieprzania dowiedzieć się, że przecież nic takiego nam nie obiecywali i że jak chcemy kolejny rok tak chodzić, to musimy zapłacić 900 zł, bo mamy za dużo punktów ECTS. Jajniki nam opadły i z czystej przekory powiedziałyśmy, że sprawę mamy w takim razie w poważaniu.

Pisanie pracy magisterskiej... z jednej strony miałam ambitny plan, że szybko napiszę, szybko będę miała z głowy, ale bronić i tak chciałam się we wrześniu. Na dobrych chęciach się niestety skończyło, bo praca powstała w kilka tygodni i pisana była w stresie i przemęczeniu. Jestem debilem, wiem. Mogłam inaczej.

Koniec końców praca powstała i podchodziłam do obrony z wcześniej mi nieznanym spokojem. Sama napisałam, to co mam się nie obronić? Faktycznie. Na zadawane zarówno przez recenzenta, jak i promotora pytania odpowiadałam pewnie i bez obaw. Z jednej strony to zasługa cudownej komisji, z drugiej dobrego przygotowania. Na podchwytliwe pytania recenzenta (nie wiem czy sobie mnie wybrał, czy każdemu tak robi) również odpowiadałam w sposób satysfakcjonujący. On lubi zadawać pytania, w których nie liczy się wiedza, a kreatywność - pod tym względem jest naprawdę moją inspiracją. Zresztą powiedział, że lubi we mnie moją "zadziorność", że jak już mam jakąś teorię, to bronię jej do końca i potrafię podeprzeć odpowiednimi argumentami. Obrona oceniona na 5, praca na 5, a średnia 4,66 dała możliwość wpisania mi na dyplom 5 :) Jednak się Jędzy nie udało mi na tyle średniej obniżyć żebym nie dała rady :P mwahaha!

Informację o tym, że "to już koniec" przyjęłam z zaskakującą lekkością... do czasu. Poszłam podziękować jednemu z wykładowców, który w szczególny sposób ubogacił moje życie i pomógł mi te studia przetrwać. Co ciekawe nigdy nie pomógł mi w jakiś bezpośredni sposób, nigdy go o to nie prosiłam. On po prostu swoją osobą, swoim sposobem bycia, swoją pasją powodował, że w jego obecności nie potrafiłam się nie uśmiechać... Zaskoczyły go moje podziękowania i nie potrafiąc ukryć wzruszenia wyściskał mnie na pożegnanie. Dopiero w tym momencie dotarło do mnie, że nie wiem kiedy i czy go jeszcze zobaczę. Wyszłam z gabinetu i się popłakałam... Nawet teraz mi łzy napływają do oczu. Nigdy go nie zapomnę.

Podsumowując... Studia były cudownym czasem i nie żałuję, że na nie poszłam, nie żałuję, że kiblowałam, bo dzięki temu poznałam jeszcze kilka wspaniałych osób, których inaczej bym nie spotkała. Dzięki temu, że kiblowałam nie musiałam też znosić ignorowania przez przyjaciela, co za każdym razem wpędzałoby mnie w podły nastrój. Ten rok wiele zmienił. Prawdopodobnie nie pracowałabym wtedy w PetSmile! Dużo rzeczy by się mogło nie wydarzyć, ale się wydarzyły i to mnie cieszy.To było cudowne sześć lat.

niedziela, 28 września 2014

Powrót do tropienia zakończony ogromnym sukcesem!

Jestem człowiekiem, który miewa słomiany zapał i przez lato bardzo zaniedbałam Koreczkowe tropienie, dzisiaj na spacerze z Gają i Lili, Ania stwierdziła, że możnaby zrobić jakiś ślad. Tu też odezwało się nasze lenistwo :P Bartek poszedł z Lili w las - Gaja go miała wytropić, a Kora miała potem wytropić po tym samym śladzie oboje (w domyśle Anię i Bartka). Kora jednak szybko zauważyła, że Bartek gdzieś zniknął i od razu poczuła, co się święci, bo Bartek często jest naszym pozorantem.

Czekałyśmy na SMSa aż Gaja odnajdzie Bartka. W międzyczasie po ścieżce, którą poszła Ania przeszły dwa obce psy i troje obcych ludzi... Ślady zwodnicze na najwyższym poziomie... Kiedy dostałyśmy zielone światło Kora dostała pozostawiony przez Anię zapach i ruszyła nie ścieżką, ale od razu w las - wydawało mi się, że zupełnie w innym kierunku niż się nasi pozoranci schowali, ale stwierdziłam, że jej zaufam i dałam się ciorać po chaszczach.

W którymś momencie zaczęłam wątpić, czy ich znajdziemy, ale Kora była zbyt intensywnie zajęta tropieniem - wiedziałam, że musiała ten ślad złapać. Faktycznie po kilku minutach na horyzoncie pojawił nam się Bartek i Lili i kawałeczek dalej schowana Ania z Gają. Oczywiście ekscytacja ze znalezienia Bartka była tak ogromna, że nie podeszła tych 3-4 metrów do Ani - Bartek okazał się atrakcyjniejszą nagrodą :D

Podsumowując... Jestem w szoku. Kora po tak długiej przerwie w tropieniu przeszła samą siebie. Pokażę to oczywiście baaaaardzo ogólnie i schematycznie i "prawdopodobnie" na obrazku (kliknijcie w niego, to się powiększy):



Przyznam szczerze, że nie sprawdziłam jak wieje wiatr, myślałam, że w gęstym lesie nie ma to większego znaczenia, ale jednak MA. Do lasu weszliśmy tą główną drogą (grubsza czarna linia) i doszłyśmy do niebieskiego punktu (poza Bartkiem, którego droga jest oznaczona na zielono). Ania dostała zapach Bartka - ja Ani i Gai. Wydaje mi się jednak, że Kora ma już zakodowany zapach Bartka i jakoś instynktownie go szukała niezupełnie się interesując śladem Ani, albo śledząc oba (pies jest w stanie śledzić równocześnie dwa zapachy). Wiatr, mimo, że lekki zwiał cząsteczki na tyle daleko, że Kora obrała tak szeroki łuk. Naprawdę chciałam w którymś momencie zrezygnować, ale Kora nagrodziła moje zaufanie.

Na koniec kilka rad dla samej siebie...

  -  doceniaj siłę wiatru i sprawdzaj go

  -  jeżeli widzisz, że pies pracuje - nie przeszkadzaj i ufaj mu
  -  ćwicz z większą ilością pozorantów żeby pies nauczył się śledzić ten ślad, którego oczekujesz
  -  w przyszłości Bartek będzie się świetnie nadawał do robienia śladów zwodniczych
  -  rusz dupę i dawaj się psu wykazać :)


poniedziałek, 22 września 2014

Kora testuje: Trixie Fusion - szelki norweskie



Szelkowa udręka



          Firma Trixie jest chyba jedną z najpopularniejszych firm w zwierzęcym świecie. Nie ukrywam, że jestem ich fanem, bo kupiłam już sporo ich produktów i rzadko kiedy się zawodziłam. A nawet jeśli zawodziłam, to zwykle była to kwestia gustu (np. jak dla mnie ich najpopularniejszy kliker w kształcie kostki okropnie rzęzi :P). Pierwsze Koreczkowe szelki step-in kupiłam z jakiejś firmy "kogucik" i już po 2 tygodniach użytkowania pękały klamry i tym samym były nie do użytku... W końcu wpadłam właśnie na Trixie i kupiłam Korze guardy, które na jej rozmiar wydają się tak cieniutkie i liche, że nie wróżyłam im długiego żywota... a tu niespodzianka. Klamry znoszą szarpanie psa, asekurowanie podczas wsiadania do auta i wyciąganie z wody niezadowolonych dziesięciu kilogramów psa. W końcu przeglądając stronę producenta trafiłam przypadkowo na szelki... norweskie. Od razu spodobał mi się ich wygląd i... cena. Poprosiłam zaprzyjaźniony sklep (w którym aktualnie mam przyjemność także pracować), żeby mi takowe sprowadzili. Stały się swego rodzaju hitem, bo zwykle "norwegi" trafiały się albo drogie, albo trzeba było wymyślać i tworzyć takie na zamówienie... A ja jestem dosyć prymitywnym typem klienta, który zanim coś kupi, to lubi pomacać, przymierzyć i podjąć decyzję :).

          I tak w lutym tego roku stałam się ich szczęśliwym posiadaczem. Użytkujemy je bardzo intensywnie od ok. 7 miesięcy, także myślę, że już spokojnie mogę co nieco na ich temat powiedzieć. Zacznijmy od danych "technicznych".


Wygląd i materiały



Szelki występują w trzech kolorach: czarno-zielone, czarno-pomarańczowe i niebiesko-zielone. Myślę, że byłoby super gdyby kolorków jednak było więcej, ale to już takie moje widzimisię :).



          Nylonowe, obszyte są dodatkowo odblaskową nitką, a na przednim pasku króluje neopren. Regulacja występuje tylko na obwodzie brzucha, dlatego może być czasem trudno idealnie je dopasować. Nam i wielu moim znajomym się to na szczęście udało. Warto wspomnieć o dużej klamrze - nawet najmniejszy rozmiar norwegów ma ją bardzo solidną - wszak taśma ma 3,5 cm szerokości!

          Jeśli chodzi o rozmiary, to sprawa ma się następująco: S-M, M-L, L, L-XL i XL. Z czego najmniejsze pasują na standardowego jamnika (i Korę :P) a największe na malamuta - jedno i drugie sprawdzone :). Jeśli traficie na nie w sklepie, to warto mierzyć, przy zakupach przez internet problemem staje się przedni pasek. Producent podał obwód wokół klatki piersiowej i szerokość taśmy (która bez względu na rozmiar wynosi 3,5 cm).
          Ubóstwiam te szelki również za luźno latające kółeczko, do którego przypinamy smycz. Dzięki temu szelki się nie kręcą, co denerwowało mnie w niektórych guardach. Tym samym obojętnym się staje czy pies idzie przed nami, po prawej, czy po lewej stronie. Ułatwione zadanie mają jednak ucieczkowicze... gdy pies wyprostuje przednie łapy i gwałtownie szarpnie w tył - będzie mógł się cieszyć wolnością. Kora jest lękliwym psem, dlatego norwegów już nie ubieramy np. do weterynarza, albo w okolicach sylwestra...


O dziwo mimo intensywnego użytkowania kółko nie spowodowało jakichś widocznych przetarć, co mnie pozytywnie zaskoczyło.


Wady

Żeby nie było ciągle tak słodko i kolorowo, to zapraszam do wad :) Jako pierwszą wymienię słabą trwałość odblaskowych nitek (choć spodziewałam się, że szybciej je szlag trafi), w każdym razie zaczynają się urywać i odstawać, co wygląda mało ciekawie no i oczywiście traci przez to swoje właściwości .


Dodatkowo pojawiają się, przynajmniej u mnie, jakieś dziwne nitki, jakby szelki gdzieś się zaczepiły i wylazły białe, nylonowe nitki spod kolorowej warstwy - w dwóch miejscach zdarzyło mi się to od wewnątrz. Jest to ten rodzaj włókien, który widać na zakończeniach taśmy - ucięłam go, ale nadal mi się bezczelnie patrzy w oczy.


Te wady nie wpłynęły jednak znacząco na funkcjonalność szelek, chyba że były kupowane z myślą o dobrej widoczności nocą.

Gdzie testowaliśmy?


Szelki przeszły chyba wszystko, co mogą normalnie użytkowane szelki przechodzić... szarpanie, tarzanie w dżdżownicach i kupach, cioranie po piasku, błocie, krzakach, taplanie i pływanie w wodzie, jako szelki samochodowe, spacerowe, trekkingowe, asekuruję na nich Korę jak wskakuje np. do auta, albo na wyższą przeszkodę, tropiłyśmy w nich... no generalnie wszystko do czego byłam ja i moja "piesa" fizycznie zdolna tym szelkom "uczyniłyśmy". I co? I super :) Ze spokojnym sumieniem polecam je moim znajomym i sporo z nich już w takowe swoje psy ubrało.

Gdzie kupić?

Sama się zdziwiłam, że tak mało sklepów odkryło te szelki! Przeczesując różne strony znalazłam je jedynie w:

- Karusek - dostępne tylko niebiesko-zielone 20,50 zł - 39 zł
- PetSmile - dostępne wszystkie kolory - 19,90 zł - 39,90 zł
- dobrze wyposażone sklepy zoologiczne (w Opolu na ul. Ozimskiej na pewno są :))

Jeśli znacie jeszcze jakieś sklepy, to koniecznie podajcie.

Dlaczego je polecam?

Bo trudno dostać w tej cenie szelki norweskie i mimo ceny są bardzo solidne. Takie mamy czasy, że niestety cena też gra rolę, a na trekking, czy amatorski canicross w step-in'ach albo obroży ciężko się wybierać. Dobra, tania i zdrowa alternatywa. Również do tropienia się nadają, bo guardy mogą ograniczać ruch głowy, a nosek musi przecież wędrować :)


A teraz FOTORELACJA z testów i zdjęcia naszych psich testerów, od których nie słyszałam żeby z szelkami mieli problemy :)


                                         Kora na spokojnym spacerze...
Kora na szaleńszym spacerze :P
Kora na naszych pięknych śląskich hałdach
Kora wodująca...
Kora z Knarą
szaleństwa na piasku Drakkara i Knary
piękna Gaja za dnia...
...i w nocy :) [przemiana w niedźwiedzia]
kolejna wersja kolorystyczna przedstawiona przez Giggsa i Scotta
Merlin i Tofa, która w końcu tak bardzo nie spina się w szelkach :)
i na koniec bezcenny uśmiech suni o wdzięcznym imieniu Arya :)
i na koniec... tropienie w szelkach :)

piątek, 19 września 2014

CSP - Czytaj Swojego Psa, czyli o "Sygnałach Uspokajających" - Scena 1 - Mój pies lubi się przytulać

          Sygnały uspokajające stają się co raz popularniejsze wśród behawiorystów, czy psiarzy pragnących bardziej zagłębić się w psią psychikę i techniki komunikacji. Po przeczytaniu książki Turid Rugaas "Sygnały Uspokajające. Jak psy unikają konfliktów" i Katarzyny Harmaty "Radość na czterech łapach", a także uczestnictwie w wykładach prowadzonych przez Katarzynę Harmatę [Akademia Dobrych Manier Biały Pies], Katarzynę Ganszczyk Rawską [PetSmile - Przyjaciele Twoich Zwierząt] i Magdalenę Warońską [DogMind] temat wkręcił mi się już całkowicie. Nigdy już nie oglądałam w ten sam sposób "Zaklinacza Psów" i nigdy więcej nie spoglądałam na spotkanie dwóch psów, jak kiedyś. To było swego rodzaju objawienie.
          Robię dużo zdjęć... bardzo dużo i przeważnie klatkowo, więc jestem w stanie dokładnie przyjrzeć się różnym psim spotkaniom krok po kroku (a właściwie klatka po klatce). Sama również eksperymentuję na bliskich mi psach i właśnie tutaj chcę zaprezentować efekt takiego eksperymentu.
          Kora i Gaja to psy, które znam od blisko dwóch lat. Kora jest moim futrzakiem, także spędza ze mną bardzo dużo czasu i wie, czego się po mnie spodziewać. Gaja jest borderem i najlepszą kumpelą Kory. Ją również znam długo i jest psem, który niesamowicie lubi bliskość, ale czy lubi przytulanie? Nagrałam krótki filmik z moimi dziewczynami. Oto kadry z filmiku.
          Przytulam Korę - scena jaka ma miejsce, mimo wszystko, często w moim domu. Wygląda tu jednak jak kupka nieszczęścia. Mocno zamknięte oczy i...
...oblizanie nosa jak tylko ją puściłam. To był wyraźny sygnał, że nie czuła się w tej sytuacji komfortowo, ale jako że mi ufa to dzielnie zniosła tą ludzką pieszczotę. Zaznaczyć trzeba, że nie każdy pies to zrobi i niektóre mogą kłapnąć w twarz lub w stronę twarzy - nie mówię, że od razu zabijają, tylko skoro delikatne mówienie "proszę mnie zostawić" nie działa, to i najcierpliwszy w końcu powie "od...krochmal się" ;) A Gaja?
Na Gaję się DELIKATNIE położyłam cały czas ją głaszcząc. Sama często włazi innym na kolana żeby ją głaskali, ale kiedy zabawa się obraca wcale nie jest zadowolona. Zauważyłam te sygnały dopiero po obejrzeniu filmiku! W pierwszej kolejności odwróciła głowę i oblizała nos, gdy jednak zauważyła, że sygnał był zbyt subtelny postanowiła jeszcze...
...ziewnąć. Zaznaczam, że cała ta scena trwała może z 10 sekund, może mniej, a Gaja dwu- a nawet trzykrotnie dała mi znać, że czuje się niekomfortowo. Nie każdy pies ma cierpliwość do prowadzenia tak długich dialogów z człowiekiem.

          Wniosek jest dosyć prosty. Nawet psy, które godzinami mogłyby się oddawać pieszczotom wcale nie muszą się lubić przytulać. Co innego, gdy pies sam podchodzi i się w nas wtula, a co innego, kiedy obejmujemy go rękami ograniczając jego swobodę. Psy jednak na tyle tych swoich "człowieków" kochają, że się uczą tolerować tego rodzaju pieszczoty, pamiętajcie jednak, że nie warto przeginać :).
          Bardzo jednak uczulam na takie sygnały rodziców małych dzieci. Jeśli widzicie, że Wasze dziecko chce się tulić do pieska, a on odchodzi, odwraca głowę, oblizuje nos, czy ziewa, to proszę... powstrzymajcie je, bo szkoda żeby się stało jakieś nieszczęście (oczywiście nie przytulajcie w takiej sytuacji sami psa żeby dziecko nie odniosło wrażenia, że "co wolno wojewodzie..." - bądźcie dobrym wzorem dla dzieci!)