Firma Trixie jest chyba jedną z najpopularniejszych firm w zwierzęcym świecie. Nie ukrywam, że jestem ich fanem, bo kupiłam już sporo ich produktów i rzadko kiedy się zawodziłam. A nawet jeśli zawodziłam, to zwykle była to kwestia gustu (np. jak dla mnie ich najpopularniejszy kliker w kształcie kostki okropnie rzęzi :P). Pierwsze Koreczkowe szelki step-in kupiłam z jakiejś firmy "kogucik" i już po 2 tygodniach użytkowania pękały klamry i tym samym były nie do użytku... W końcu wpadłam właśnie na Trixie i kupiłam Korze guardy, które na jej rozmiar wydają się tak cieniutkie i liche, że nie wróżyłam im długiego żywota... a tu niespodzianka. Klamry znoszą szarpanie psa, asekurowanie podczas wsiadania do auta i wyciąganie z wody niezadowolonych dziesięciu kilogramów psa. W końcu przeglądając stronę producenta trafiłam przypadkowo na szelki... norweskie. Od razu spodobał mi się ich wygląd i... cena. Poprosiłam zaprzyjaźniony sklep (w którym aktualnie mam przyjemność także pracować), żeby mi takowe sprowadzili. Stały się swego rodzaju hitem, bo zwykle "norwegi" trafiały się albo drogie, albo trzeba było wymyślać i tworzyć takie na zamówienie... A ja jestem dosyć prymitywnym typem klienta, który zanim coś kupi, to lubi pomacać, przymierzyć i podjąć decyzję :).
I tak w lutym tego roku stałam się ich szczęśliwym posiadaczem. Użytkujemy je bardzo intensywnie od ok. 7 miesięcy, także myślę, że już spokojnie mogę co nieco na ich temat powiedzieć. Zacznijmy od danych "technicznych".
