wtorek, 25 kwietnia 2017

Hassliebe, czyli jak Kora dogaduje się z Istą

          Niejednokrotnie pojawiało się na fanpagu pytanie o to jak Kora i Ista się dogadują. Temat jest bardziej złożony niż się z pozoru wydaje, bo niby nie mogę powiedzieć, że nie jest dobrze, ale też nie mogę zaprzeczyć, że w sumie dobrze jest (tak, dokładnie tak dziwnie miało to zabrzmieć ツ ).
          Zacznę od tego jaka w obyciu jest Kora. Nigdy nie ukrywałam, że jest psem mało pewnym siebie. Jeśli chodzi o kontakty z psami to uczyła ich się stopniowo, zwykle była tą, która wolała być w towarzystwie niezauważana, bo nie chciała się deklarować czy jest tą "dominującą" czy "uległą" w towarzystwie. Owszem, zdarzało się że do innych psów podchodziła na sztywnych łapach z wysoko podniesionym ogonem, rzadko zdarzało się, że prezentowała brzuch - jeśli czuła się niepewnie wolała się schronić przy mnie, czasem na moich rękach, a w skrajnej desperacji - na ramieniu. Innego psa złapała zębami tylko raz - rzuciła się na nas suka będąca wizualnie bardzo skundlonym skye terrierem (długa i kudłata) i zawsze miała problemy z agresją do psów i ludzi, i zawsze chodziła luzem (a jakże). Nie zdążyłam zareagować, jedynie poluzowałam smycz - ścięły się raz i odskoczyły od siebie - obie sztywne. Spojrzałam na Korę a ta wypluwała spory kłąb sierści - sama nie została nawet dosięgnięta. Tamta się wycofała. 
          Trochę trwało zanim nauczyła się, że inne psy mogą ją obwąchiwać bez jej akompaniamentu w postaci warkotu (do teraz warczy jeśli pies jest bardzo natrętny), nigdy nie pokazywała zębów. Ponadto bardzo szanuje swoją przestrzeń osobistą - jeśli ją posadzę obok innego psa - ok, jeśli ten pies sam z siebie blisko do niej podejdzie - będzie warczeć.

Rzadki widok - Kora leży na plecach

Kontakty z Istą trochę zmieniły jej zachowanie. Przede wszystkim nauczyła się prezentować swoje uzębienie. Warczała od zawsze, ale Ista swoją wylewnością sprawiła, że efekt wizualny stał się konieczny, choć niestety nieskuteczny.


Ista podporządkowuje się Korze. Liże ją po pysku - jest owarkiwana, chodzi bokiem, kładzie się na plecy - Kora ją wtedy wącha i odchodzi, ale niestety Ista na nowo do niej dopada i liże po pysku... I od nowa. Przerywam takie sytuacje wołając Istę do siebie, albo mówiąc jej żeby "zostawiła Korę", co w międzyczasie już dość dobrze łapie. Pokażę taką najczęstszą sytuację jaka ma miejsce:

Kora się tarza - uwielbia to i ostatnie czego chce to towarzystwo szczeniaczka.
Tyle, że tam gdzie dobra zabawa, tam też szczeniak... no niestety.

Ista od razu pokazuje, że nie ma złych zamiarów, choć sama się nie tarza to jednak chciałaby wykorzystać tą ekscytację Kory na zabawę. Tyle, że Kora się nie bawi...

...Ista jest gwałtownie oszczekiwana - kąciki warg są z przodu - Kora ewidentnie nie życzy sobie Isiowego towarzystwa.

Ista kładzie się przy ziemi - cofa uszy, mruży oczy i unika kontaktu wzrokowego.
 
W momencie kiedy Kora odpuszcza Ista dla załagodzenia sytuacji chce Korę polizać po pysku, co jest punktem zapalnym i sytuacja zaczyna się od nowa.

Kora nie patrzy bezpośrednio na Istę, ale obserwuje jej zachowanie. Ista ma podkulony ogon, ale nie podwinięty pod brzuch - chce udobruchać Korę, ale nie jest tak, że się jej boi (strach będzie widać na innym zdjęciu).

Kora ponownie szczeka chcąc żeby Ista odeszła...

...nadal bacznie ją obserwując.

Otrzepuje się żeby zrzucić emocje, ale Ista nie odpuszcza i... 

...kolejny raz Kora szczeka na Istę.

Ista znów przylega do ziemi. Kora nerwowo macha ogonem, ale na wysokości grzbietu, a nie sztywno uniesionym do góry, uszy położyła do tyłu...

...to nie jest agresja - gdyby Kora chciała zaatakować Istę - zrobiłaby to.

Ista okazuje uległość, postawa Kory nadal jest usztywniona...

...Ista ZNOWU próbuje polizać Korę po pysku...

...warczenie i lekkie uniesienie fafli ze strony Kory.

A co robi Ista? 
No właśnie...

Znów warczenie, znów gleba... 

...i znów doskakuje do pyska Kory.
 
Trochę wyraźniej widać podnoszone przez Korę fafle.

W końcu odpuszcza wysyłając kolejną serię sygnałów - oblizanie nosa, położone uszy, obniżenie na łapach.

          Niestety jakakolwiek interakcja moich suk tak właśnie wygląda. Na początku jeszcze się bawiły w szarpanie zabawką, była między nimi "jakaś" interakcja. Teraz takie sytuacje nie mają już miejsca, a takie obrazy:





          Należą niestety do rzadkości, szczególnie takie w którym występuje jakikolwiek dotyk. Zwykle w takich momentach Kora powarkuje i odchodzi. Normalnie w ciągu dnia Ista nie ma prawa podchodzić do Kory - od razu jest warkot. Mogą jechać razem w klatce 60 cm i uprzejmie się ignorują, ale jeśli Kora ma jakikolwiek wybór - to chce być jak najdalej szczeniaka. No chyba, że szczeniak się zakrztusi, wymiotuje, cokolwiek dzieje się niepokojącego, to Kora jest pierwsza i często mnie budzi żebym sprawdziła co się dzieje - dokładnie wtedy małą obwąchuje. Tak samo jak wracam z małą z jakiegoś wyjazdu - pierwszy moment to radosne obwąchiwanie a potem od razu warkot, bo Ista skacze do pyska.
          Jak widzicie Ista jest bardzo ekspresyjna i lubiąca bliskość - podejrzewam, że gdyby spotkała drugiego psa lubiącego się tulić to by z niego nie złaziła. Bardzo ładnie się komunikuje. Niestety o ile na początku obawiała się innych psów o tyle po tym jak jeden ją zaatakował się ich po prostu boi... W efekcie nawet spotkania z fajnymi, ogarniętymi psami wyglądają tak:


Końcówka ogona wskazuje w stronę głowy, co jest ewidentną oznaką strachu - była również zjeżona - psy chciały ją jedynie powąchać. Potrzebuje trochę czasu żeby poczuć się swobodnie, wtedy jest super - oczywiście psy muszą jej dać ten czas.



Trochę tracę nadzieję na to, że moje suki będą kiedyś spać blisko siebie, albo zwinięte w wydziwnego precla. Tracę nawet nadzieję na drzemkę w trójkę (ze mną!) na jednym łóżku - pomijam te pięciominutówki, które uda mi się czasem uchwycić na zdjęciu. Gdzieś tam jeszcze tli się nadzieja, że jak mała dorośnie i przestanie się zachowywać jak szczeniak to Kora spojrzy na nią przychylnym okiem. Narazie byłaby chyba szczęśliwsza gdyby szczeniak wrócił tam skąd przyszedł, ale na to niech nie liczy lepiej ;). Wspomagająco Kora dostaje ziołowe leki uspokajające, co odrobinę poprawiło jej zachowanie, a właściwie tolerancję, ale co będzie za rok-dwa? Tego nie wiem. Oby po prostu było lepiej, a może nawet tak?

sobota, 4 marca 2017

Mam psa, bo...

          Powodów do wprowadzenia w swoją rodzinę psów jest multum - właściwie tyle, ile ludzi, ale generalnie można wyodrębnić kilka(naście?) nurtów, które podobają mi się mniej lub bardziej, a może tylko pozornie się takie złe albo dobre wydają.
          Może najpierw odpowiem na pytanie: dlaczego JA mam psa, a w międzyczasie PSY? - nie ma tak dobrze :) odpowiem dopiero na końcu!

Mam psa, bo w moim domu zawsze były psy - takie trochę przyzwyczajenie. Lubię psy, lubię ich towarzystwo, wiem co znaczy mieć psa - spacery, weterynarz, obowiązki i praca. Lubię to i właściwie nie oczekuję od tego psa zbyt wiele - ma nam się dobrze żyć razem, ma nam być dobrze i wesoło, chcę żeby z psem wychowywały się moje dzieci.

Mam psa, bo zawsze chciałam go mieć - ledwo odrosłam od ziemi a kochałam pieski całym swoim sercem, chodziłam do znajomych i sąsiadów pobawić się z ich pieskami, zostawiałam kanapki tym bezpańskim, czasem nawet pozwolono mi wyjść z jakimś na spacer, nie mam żadnych oczekiwań, narazie po prostu chcę mieć pieska!

Mam psa, bo lubię ruch - potrzebuję towarzysza w podróżach. Turystyka górska, spacery, bieganie, jazda na rowerze, spacery po mieście - we wszystkich tych miejscach będę się czuć lepiej mając jakiegoś towarzysza, znajomi nie zawsze mogą, ale ruchliwy psiak jest zawsze chętny do aktywności!

Mam psa, bo pilnuje mi posesji - mieszkam w domu, mam duży ogród, potrzebny mi pies, który będzie odstraszał ewentualnych złodziei, jak będę miał czas, to raz dziennie wyjdziemy na spacer, ale głównie będziemy żyć trochę koło siebie - ja mam swoje zajęcie, pies ma swoje.

Mam psa, bo pomaga mi w pracy - pasterstwo, myślistwo, ratownictwo, dogoterapia, kynoedukacja - pies jest mi potrzebny w mojej codziennej pracy - mam owce, które łatwiej mi zagonić przy pomocy psa; jestem leśniczym, potrzebuję psa, który będzie mi pomagał w polowaniach; jestem strażakiem, potrzebuję psa, który będzie pomagał w poszukiwaniu zaginionych ludzi; jestem pracownikiem hospicjum, od czasu do czasu odwiedzam pacjentów ze swoim psem - jego obecność ułatwia rozmowę, poprawia pacjentom nastrój, pomaga na chwilę zapomnieć o bólu, asystuje przy rehabilitacji; jestem nauczycielem, czasem prowadzę zajęcia w szkole na temat bezpieczeństwa w kontakcie z psami... - w tym punkcie przykładów możnaby pewnie jeszcze mnożyć.

Mam psa, bo chcę osiągnąć sukces - lubię rywalizację, adrenalinę, kiedy startuję w zawodach i poczucie sukcesu, kiedy staję na podium. Wymagam od siebie i od zwierzęcia - będziemy pracować ciężko, ale będziemy mieli z tego frajdę. Druga strona medalu: pies jest mi potrzebny do wygrywania, jeśli nie będzie spełniał moich oczekiwań - pozbędę się go (skutki są widoczne np. we Włoszech, gdzie masowo zabija się charty, które przegrywają lub nie są w stanie startować w wyścigach).

Mam psa, bo lubię się rozwijać - pies jest dla mnie swego rodzaju wyzwaniem - uczę się na nim jak dobrze wychować psa, jak nauczyć co raz nowszych i ciekawszych sztuczek - traktuję to zupełnie na luzie, ale lubię obserwować zmiany zachodzące w moim psie - komunikację z innymi psami, wygląd i zachowanie, kiedy dojrzewa - może w przyszłości będę się tym zajmować na poważniej.

Mam psa, bo na tym zarabiam - hodowle, szkoleniowcy, behawioryści. Hodowca - mam psa, dbam o niego, jest zdrowy, ma dobrą psychikę i odniósł sukcesy nie tylko na wystawach, ale i sportach - chcę podtrzymać dobre geny, szukam odpowiedniego psa/suki żeby rozmnożyć i sprzedać szczeniaki. Druga strona medalu: Suki mam tylko po to żeby rodziły szczeniaki - psy, żeby nimi kryć. Szczeniaki mają być ładne i dobrze się sprzedawać, zdrowie jest kwestią drugorzędną. Szkoleniowcy/Behawioryści - szkolę psy, ukończyłam odpowiednie kursy, ale najlepiej uczyć się na swoich psach, będą one też moją wizytówką. 

Mam (drugiego) psa, bo pierwszy nie spełnił moich oczekiwań - kiedy brałam psa miałam ambitne plany - sporty, długie spacery, szaleństwa, niestety okazało się, że pies ma chore stawy i dla jego dobra musimy ograniczyć mu ruch do "zwykłych spacerów", albo zabaw węchowych, a ja chciałabym brać udział w sportach kynologicznych - mam nadzieję, że drugi pies pomoże mi spełnić marzenie. Druga strona medalu: Przez swój brak wiedzy "zepsułam" psa, już kilka miesięcy poświęciłam na poprawienie tego, co spartoliłam, ale nie widzę efektu, może pies jest zwyczajnie głupi - wezmę drugiego, pierwszy może przyrosnąć do kanapy, drugi będzie moim oczkiem w głowie.

Mam psa, bo czuję się samotna - nie chce mi się wracać do domu do pracy, bo zastaję puste mieszkanie, znajomi mają swoje rodziny, nie mają czasu spontanicznie się spotkać, męczy mnie ciągłe proszenie o takie spotkanie / jestem nieśmiała i po pracy nie chciałabym się dużo konfrontować z ludźmi, ale potrzebuję towarzystwa - pies kocha mnie bez względu na te wszystkie okoliczności i cieszy się, kiedy wracam do domu.

Mam psa, bo potrzebuję motywacji - generalnie to nic mi się nie chce, najchętniej nie wychodziłabym z domu sprzed komputera, albo nie odkładała książki, no ale w końcu muszę się ruszyć... no, może jutro. Pies nie wybaczy słowa jutro, musi załatwiać potrzeby fizjologiczne, musi się przejść, pobawić... wymusi na mnie aktywność, do której nie umiem się sama zmotywować, a której potrzebuję.

Mam psa, bo chcę gdzieś przynależeć - wokół mam dużo osób z psami, spotykają się na spacerach, ciągle mówią, że ich pies to, ich pies tamto - też chcę być partnerem do rozmowy i spotkań, chcę zasięgać rady, poznawać nowych ludzi, może zacznę z nim ćwiczyć jakiś sport.

Mam psa, bo sprawia mi to przyjemność - lubię spacerować, lubię psy, nie mam żadnych większych ambicji sportowych, chętnie się przejdę, pobawię, nawet coś poćwiczę, ale nie jest dla mnie ważne, co inni sądzą na ten temat - ja chcę się dobrze bawić i czerpać radość z psiej obecności w moim życiu.

Macie jeszcze jakieś pomysły? :)

Więc dlaczego JA mam psa/psy? Po napisaniu tej notki nie jestem w stanie zidentyfikować się z jedną grupą :) Zawsze chciałam mieć psa - za dzieciaka fascynowałam się orkami, delfinami i psami, potem zostały psy (choć orki nadal fascynują), dlatego kiedy od pierwszego wejrzenia zakochałam się w Korze wiedziałam, że to musi być TEN i żaden inny pies - ukochany, wyczekany piesek. Drugą rzeczą jest to, że Kora wypełniła pustkę w mieszkaniu - mam, można powiedzieć, własne mieszkanie - nad rodzicami - które szybko przestałam dzielić z bratem, ZA szybko. Potrzebowałam i potrzebuję bardzo momentów bycia samej, ale nie samotnej - Kora wypełniła tą pustkę. Mam też psa, bo kiedyś marzyłam żeby w psiej branży pracować, aktualnie zweryfikowałam moje plany i rozwijam się sama dla siebie - uwielbiam obserwować moje psy, a odkąd jest Ista - komunikację między nią a Korą - to jest fascynujące. Ponadto Kora pokazała mi jaka jest przepaść między teorią a praktyką :). Troszeczkę się może identyfikuję z niespełnionymi oczekiwaniami. Adoptując psa po poważnym urazie byłam świadoma, że nigdy nie zajmę się na poważnie sportami, zresztą nie zależało mi na tym, miałam jednak nadzieję, że na tyle na ile pozwala Korze sprawność będziemy jakieś sporty uprawiać, albo choćby się bawić piłeczką, a potem wtulone w siebie spać. Kora niestety okazała się średnio zabawowa - musi mieć na to ochotę i jest trochę niedotykalska - czasem się przytuli, a czasem odchodzi kiedy to człowiek inicjuje głaskanie, czy bliskość. Nie wiedziałam jaka będzie Ista, ale okazała się właśnie taką przylepą - o ile nic jej się w głowie nie pozmienia. Kora jednak jest moim kochanym wymiataczem w tropieniu, ostatnio ćwiczymy rekreacyjnie poszukiwanie, co również sprawia jej ogromną frajdę. Ista natomiast jest bardzo zabawowa, co mnie niezmiernie cieszy i niedługo sprawdzę jej predyspozycje do pracy węchowej. Nie ukrywam, że psy motywują mnie też do ruchu i aktywności, fakt, że podczas mojego 3-tygodniowego pobytu w sanatorium nie miałam motywujących psów, ale na ich miejsce wskoczyło moje zainteresowanie ornitologią i fotografią ptaków, także gdyby nie psy to bym pewnie zapylała z aparatem po lasach :P. Przynależność do świata psiarzy jest dla mnie również cenna, choć cebulactwo, które się ostatnimi czasy pojawia niezmiernie mnie irytuje, niemniej czuję się psiarzem, czuję, że mam jakieś hobby, że gdzieś jestem zaszufladkowana... i dobrze mi z tym! Przede wszystkim jednak sprawia mi to przyjemność i początkowo wydawało mi się, że zidentyfikuję się tylko z tym jednym punktem :). Cieszę się, że mam moje suki <3 Oby jak najdłużej <3


wtorek, 6 grudnia 2016

Dlaczego ludzie wolą szczeniaczki?

          To pytanie zadawałam sobie dziesiątki razy w momentach kiedy Istę dopadała głupawka, gryzła po rękach mimo proponowanych zabawek, srała na środku pokoju, doprowadzała Korę do szału itp. Rasowe pieski - wiadomo - najczęściej bierze się od hodowcy w wieku szczenięcym i to zwykle oswojone z podstawowymi dźwiękami i sytuacjami życia codziennego. Pochwalam tych dbających hodowców bardzo. Poniekąd więc nie mamy wyboru - rzadko na sprzedaż są dorosłe psy rasowe, bierzemy więc szczeniaczka.

          Jak jednak jest w przypadku adopcji? Dlaczego na miłość boską ludzie pragną mieć szczeniaczka? Zaledwie kilka miesięcy temu rozmawiałam z mamą, że za lat kilka jak już weźmiemy psa nr 2 to wolałabym wziąć takiego "okołorocznego", bo totalnie nie rozumiem jak ludzie wytrzymują ze szczeniakami!



          W tym miejscu pozdrawiam Tajgę (berneńczyk, z którym miałam styczność kilka lat temu, aktualnie cudowny olbrzym) i widniejących na zdjęciu Spontana (adopciak) i PiaMia (border, którego imienia nie umiem odmieniać :P). Są właściwie takie, jakie szczeniaki być powinny - zabawowe, szalone, energiczne, proludzkie - ochy achy. 
          A jednak ja - przyzwyczajona do mojego fantastycznego Koreczka, który od momentu adopcji: nie narobiła ani razu w domu, nic nie zniszczyła (łącznie z zabawkami którymi się szarpałyśmy), bez problemu zostaje w domu, nie kradła i nie kradnie jedzenia nawet jeśli zostanie na wysokości pyska, przy braku spaceru po prostu kładzie się spać a nie rozpierdziela mi chałupy, chętnie się uczy, wie kiedy mi dupy nie zawracać... możnaby tak jeszcze wymieniać i wymieniać. Idealnie nie jest, choć trafił mi się egzemplarz wybitny to Kora, jak niejednokrotnie przeczytaliście na fanpage, jest trzęsidupką. Panicznie bała się różnych rzeczy, aktualnie jest sporo lepiej, ale wiele czasu krwi i łez nas to kosztowało. 
          Planowałam więc psa, który będzie nadal miał tą młodzieńczą energię, ale będzie miał też swoje zęby i ciutkę mózgu myślącego w miejscu zabawowego :D. Jak niedawno zauważyliście plany niezupełnie się powiodły... W każdym razie: jest! Jest szczeniak! Datowany na 25.09. w momencie znalezienia 07.11. miał jakieś 6 tygodni. Ząbki i nieporadność ruchowa wskazywały na ten właśnie wiek.
          No i co teraz? No mam szczeniaka, Kora go nie zabiła (jeszcze, ale mówię Wam, że udusi ją poduszką i napisze w internetach, że to ja!), czy jest powód do radości? No dobra, trochę jest.



Dlaczego lubię mieć szczeniaczka takiego jak Ista?
(bo nie wiem jak inne szczeniaki)
- jest przebojową dziewczyną, na której jak dotychczas wrażenie zrobiły trzy rzeczy: 1. inne psy - po kilku minutach jest git; 2. szczekający za płotem pies sąsiada - dwie sesje zabawy i już go ignoruje; 3. tupanie - jedna sesja i mam przywołanie na tupanie... niezamierzenie :P
- jest przeurocza (jak śpi)
- jest lizakiem - coś czego Kora mi nie daje :P 
- bardzo ceni moją bliskość - znów coś co Kora daje mi tylko częściowo :)
- jest zabawowa - sama, ze mną, z Korą... zawsze!

Dlaczego nie lubię mieć szczeniaka takiego jak Ista... albo raczej ogółem: Dlaczego nie chcesz mieć szczeniaka? :P

- życie szczeniaka składa się z: jedzenia, zabawy i spania - po wszystkich czynnościach sika - jeśli mieszkasz np. na 3-4 piętrze to prowadzisz wieczny wyścig z czasem (jeśli "sikacie" na dworze)
- szczeniak poznaje świat słodkim uroczym noskiem... HAHA!!! zębami! wszystko co nie zostało polizane, przeżute, albo przynajmniej podrapane uchodzi za przedmiot nie do końca poznany - nieważne czy to kapeć, upuszczone jedzenie, kawałek plastiku, choinki... w najlepszym wypadku dostanie sraki, w gorszym trzeba zapierdzielać do weta
- szczeniak jest nieobliczalny - ile to razy Ista przytulała się lizała mnie po rękach, po nosie, po czym w ułamku sekundy stwierdziła "tak naprawdę to była gra wstępna do upierd*lenia ci nosa" - raz się goił tydzień
- szczeniak jest cicho tylko w jednym momencie - coś knuje... albo coś żre, albo sika właśnie na dywan, jeśli jest cicho - BIEGNIJ! (ale po cichu, bo jest cień szansy, że zasnął)
- szczeniak jest absorbujący - fajnie jeśli masz czas i ochotę bawić się kilka godzin dziennie, ale przyjdzie dzień, że nie będzie Ci się chciało - gorączka, brak czasu, znużenie... wtedy zrozumiesz co znaczy "ale przecież zawsze się o tej porze bawiliśmy! to ja sobie znajdę zabawę!" - a wtedy... BIEGNIJ!
- szczeniaka musisz mocno uczyć życia - to jest zarazem zaleta, bo jest niezapisaną kartką, która może się nauczyć, że pociągi nie zabijają, auta są spoko i nie jojczy się w nich jak pojeb, kotów się nie goni, dzieci nie zjada itd. z dorosłym zajmuje to więcej czasu, ale często są bardziej przewidywalne - dorosły zwykle nienawidzi konsekwentnie, szczeniak niekoniecznie :P, więc jeśli chcesz mieć psa którego świat nie przerasta to kilka miesięcy Twojego życia będzie polegało na planowaniu socjalu, jeśli masz to w dupie, to jesteś na liście potencjalnych właścicieli, którzy oddają adoptowanego (bo przecież rasowego szkoda) szczeniaczka, bo zachowuje się nieobliczalnie, dziwnie, "nigdy tak nie miał", nie radzę sobie... i znów chwała tym, którzy po prostu swoje błędy naprawiają i mają świadomość tego, że adopcyjniaki to jajka niespodzianki
- szczeniak śpi często, ale krótko - jeśli szczeniak przesypia całą noc (5-6 godzin) bez wołania na siku, względnie grzecznie załatwi się na matę - ciesz się. Jeśli z rana drgnie Ci powieka w geście pozornego przebudzenia szczeniak to zauważy i będzie nalegał żeby poświęcić mu uwagę - paleta dźwięków jakie potrafi z siebie wydawać jest nieraz imponująca - a sąsiedzi słuchają! W tym momencie przegrałeś, trzeba było udawać trupa :)
- dla szczeniaka jesteś całym światem - twoje wyjście z domu będzie przez jakiś czas sporym dramatem i związanym z tym piskiem, wrzaskiem, zjadaniem otoczenia - trzeba szczeniaka nauczyć, że nie umierasz wychodząc za drzwi, ale jeśli jesteś czynny zawodowo to bez ćwiczenia wychodzisz na te ok. 9 godzin i sorry... jakoś muszą sobie psiaki z tym radzić - jest sporo sposobów żeby im w tym pomóc - własny smród na przykład :P


          Tak półżartem półserio - to moje pierwsze 3 tygodnie z Istą. Nie wiem jakie momenty przeważały - chęć mordu, czy radość. Mocno jednak liczę na to, że wysiłek, który teraz włożę w szczeniaka kiedyś mi się zwróci, ale moja radość jest jeszcze dość przytłumiona :). 
Podziwiam ludzi, którzy wrzucają filmiki "mój szczeniak ma 3 miesiące i robi pierdyliard sztuczek"... Bo moje wizje i priorytety zmieniły się z przyjściem Isty diametralnie. Ważniejsze są dla mnie zostawanie w domu, samokontrola, spanie w klatce, ignorowanie (fajna jest, ale nie będę się w nią ciągle wpatrywać i poświęcać każdą minutę - kocham książki i Ista musi z tym żyć :P) i reagowanie na imię. Z jednym idzie lepiej, z innym gorzej, ale o tym innym razem.



          Także ludziska - szczególnie Ci, którzy kochają psy, ale nie są maniakami :P. Szczeniaczki są spoko, ale przemyślcie dokładnie, czy macie czas i energię na ten ogrom pracy, który Was czeka. Może na Wasze domowe potrzeby - pies, jako przyjaciel rodziny sprawdzi się psiak, który okres szczenięctwa ma za sobą? Jest sporo fundacji, schronisk, które faktycznie są w stanie udzielić rad w doborze psiaka do Waszego trybu życia i czy to źle jeśli będzie miał 4 lata zamiast 4 miesięcy? 
          Polecam się nad tym tematem troszkę pochylić, bo to, że "wszyscy" mają szczeniaczka nie znaczy, że też musisz - za mnie zdecydował "przypadek", sama bym się pewnie nie zdecydowała, ale wzięłam to na klatę :). Za 2 lata Wam powiem czy żałuję :D 

jeśli takich momentów będzie więcej - to warto :)

sobota, 2 lipca 2016

Kora testuje: Pokusa DiamondCoat SNOW WHITE & MIX COLOR

W kwietniu na fanpage Pokusa znalazłam, a właściwie w nim oznaczona, konkurs na testowanie nowego produktu. Preparaty były dwa Pokusa DiamondCoat SNOW WHITE & MIX COLOR oraz DiamondCoat DEEP COLOR & SUPER SHINE – nas zainteresował ten pierwszy z racji przewagi białego koloru u pieseła.


Ku mojemu zaskoczeniu… zostałyśmy wybrane do testów!

Dlaczego się zgłosiłyśmy?

Miałyśmy nadzieję, że w końcu trafimy na preparat, który pomoże nam opanować linienie Kory, które trwa 366 dni w roku (nawet jak rok ma 365 :P), w poprawę kolorytu psu tak średnio wierzyłyśmy, bo niby jak? Czy Pokusa nas zaskoczyła? Zapraszam do zapoznania się z recenzją!
Zacznijmy jednak od informacji podstawowych.


Skład

          Skład naprawdę cieszy, bo nie ma chemii, a ostatnio stałam się maniaczką czytania składów – nie tylko w psich produktach.

BIO żółtko jaja kurzego, algi morskie (Ascophyllum nodosum), drożdże browarnicze (Saccharomyces cerevisiae), białko ziemniaka, mączka karobowa, siemię lniane, hydrolizat kolagenu, czarne jagody, montmorylonit, owoc dzikiej róży, olej z wiesiołka, czystek, skrzyp polny, rumianek.

Też Wam to niewiele mówi? Co na co? Strona Pokusy przybywa z odpowiedzią na to nurtujące pytanie:

- Skrzyp polny: bogate źródło krzemu, który jest niezwykle istotnym mikroelementem i składnikiem budulcowym włosów.
- Kolagen: odpowiedzialny za sprężystość, jędrność oraz właściwe nawilżenie skóry, jak również odnowę jej komórek.
- Algi morskie: nadają sierści połysku oraz wpływają na wysycenie ciemnej partii skóry np. nosa.
- Biotyna: kumuluje cząsteczki biodostępnej siarki zasilając nimi łodygę włosa, czyniąc go silnym elastycznym na całej długości. Stymuluje przyrost włosów, poprawia ich grubość, zapobiega wypadaniu.
- Rumianek: wykazuje działanie antystresowe wywołane wystawami, koi podrażnienia oraz świąd skórny, regeneruje zmiany spowodowane grzybicą. Wyciąg z rumianku stabilizuje i rozjaśnia jasne włosy.
- Czystek: dzięki właściwościom hamującym wydzielanie histaminy wycisza reakcje alergiczne widocznie przyczyniając się do złagodzenia objawów uczuleniowych. Bogate źródło antyoksydantów – szczególnie ważne u zwierząt sterylizowanych/kastrowanych o mniejszej odporności na działanie wolnych rodników.
- Cynk: zaliczany jest do najważniejszych mikroelementów niezbędnych włosom. Jego niedobór ma ogromny wpływ na ich wzrost i wygląd. Wypadanie i matowienie sierści jest często objawem niedoboru tego pierwiastka w diecie.
- Kwasy Omega 3 i 6: pomagają w walce z zapaleniem skóry i łuszczycą, zapobiegają alergiom oraz wspomagają ich leczenie, wzmacniają pazury chroniąc je przed łamaniem.
- Tyrozyna i Fenyloalanina: stabilizują wytwarzanie eumelaniny (czarnego barwnika włosa) dzięki czemu chronią psy o czarnym umaszczeniu przed zespołem czerwonego włosa, który jest związany z minimum 3 miesięcznym niedoborem tych składników w diecie. Natomiast optymalna zawartość cystyny i metioniny umożliwia rogowacenie białkowej materii włosa.


Dawkowanie

Kora standardowo znajdowała się „między skalą” – ok. 11-12 kg wagi. Dostawała 2,5 miarki preparatu, także opakowanie 180g starczy na ok. 72 dni, nie można mu więc odmówić wydajności. Przy cenie ok. 30 zł za opakowanie jest to ok. 42 grosze dziennie – nawet studenta stać na takie finansowe szaleństwo :P



Wygląd i smakowitość

Opakowanie tekturowe, bardzo estetyczne, skrywa woreczek strunowy i łyżeczkę do dawkowania preparatu. Sam wygląd preparatu mnie trochę (trochę mocno) zaskoczył.

Piasek? :P

          To była moja pierwsza styczność z preparatami Pokusy i zobaczyłam drobniutko zmielony brązowy pył koloru piasku – inaczej tego nie potrafię określić. Byłam sceptyczna, podstawiłam Korze woreczek pod nos i przeszyłam szok, bo… zaczęła go wylizywać! Dowody na podsumowującym recenzję filmie :)
          Dotychczas żaden z podawanych przez nas preparatów na sierść czy suplementów nie był łykany dobrowolnie, zawsze trzeba było bardzo mocno kombinować. Pokusa nie dość, że Korze zasmakowała to jeszcze podniosła atrakcyjność tego, co lądowało w psiej misce! Kora miewała dni, kiedy nie chciała jeść, ekscytowała się kiedy przygotowywałam jedzenie, a kiedy dostawała miskę – kręciła nosem. W czasie podawania preparatu problem nie wystąpił :). Muszę zaznaczyć, że również na procesy trawienne preparat wpłynął bardzo pozytywnie. Jeśli teraz jecie to się wstrzymajcie ;). Kora od ponad roku dostaje morką i suchą karmę wymieszane razem i czasem zdarzały się luźne kupy. Również i tutaj Pokusa podziałała na plus. Problem nie występował. Jedynie ilość kup się nieznacznie zwiększyła – dla nas to akurat bardzo pozytywna zmiana, bo zdarzało mi się załamywać, że Kora znów przytyła, a po spacerze okazywało się, że to nie kwestia przytycia a pełnego „brzucha” ;). Przy regularniejszych wypróżnieniach talia nie zanikała :).


To może przejdźmy do najważniejszego… efekty!

Jedno jest pewne: chcemy kontynuować stosowanie preparatu.

Linienie

           Może nie uznacie tego za normalne, ale psa szczotkuję rzadko – czasem raz w miesiącu. Na potrzeby testu zrobiłam tak samo. Wyszczotkowałam Korę kilka dni po rozpoczęciu testowania preparatu na sierść i skórę oraz po 5 tygodniach stosowania preparatu.




          Tak tak, przez kilka tygodni trzymałam kłąb Koreczkowej sierści żeby mieć porównanie… Było warto! Bez „starego” kłębka nie potrafiłabym docenić nowego! Około 1/3 mniej sierści! Dałam zdjęcie specjalnie również od boku żeby nie było wątpliwości, że „kopce” są podobnej wielkości :).

Lśniąca sierść

Przyznaję, że z tym mieliśmy w sumie najmniejszy problem, choć nie każdy Koreczkowy włos chce błyszczeć :). Tak jak wspominałam: Kory sierść ma różną strukturę.

Sztywna na plecach:


Twarda i szorstka na zadzie:


Miękka i jedwabista na bokach i tylnych łapach:


Lśni właściwie głównie włos na bokach i odrobinę na grzbiecie, cieszy oko :).




Brak zażółceń

          Wydawało mi się, że ten problem nas nie dotyczy. Ot jak pies był brudny to się go kąpało i było ok. Kąpanie przynajmniej raz w miesiącu. Dopiero na dniach uświadomiłam sobie, że Kora dość dawno nie była kąpana a wygląda… świetnie! Na zdjęciach widzicie psa kąpanego ostatni raz 29.03.! Udało mi się nawet znaleźć zdjęcie które całkiem fajnie obrazuje zmianę kolorytu Kory, przede wszystkim przebarwień, które dla mnie były zwyczajnym brudem…


Na udzie dobrze widać zabrudzenia i w zgięciu łapy przebarwienie, a teraz niespodzianka!



          Różnica światło dzienne vs. światło sztuczne to jedno, ale różnica jest naprawdę wyraźna. Ponadto stwierdzam poprawę kontrastu w psie ;).


Reasumując

Wśród testowanych przez nas suplementów na sierść i skórę Pokusa jest pierwszym po którym ze spokojnym sumieniem mogę powiedzieć: Widzę różnicę! Ponadto skład, łatwość podawania połączona ze smakowitością preparatu przemawiają na plus. Pozwolę sobie być patriotą – Pokusa jest polską firmą! To kolejna zaleta. Ze swojej strony mogę tylko polecić i na pewno będę testować inne produkty z serii Pokusa :). Ekipie Pokusy dziękujemy za umożliwienie przeprowadzenia testów i na pewno jeszcze o nas usłyszycie! :)

wtorek, 3 maja 2016

Rozmawiał koniarz z psiarzem, czyli: Ile wolno ingerować w naturę zwierząt?

          Od kilku lat śledziłam i śledzę różne programy dotyczące mniej lub bardziej szkolenia psów, albo dbania o ich psychikę. W Polsce zawsze bolało mnie to, że takie programy są często sponsorowane i jesteśmy obrzucani np. białym napisem na żółtym tle. Programy: "Przygarnij mnie" i "Zaklinacz psów" absolutnie mnie nie przekonały. 
          "Przygarnij mnie" jest momentami mało konkretny, chaotyczny i w jednym odcinku widać to co warto robić i to czego absolutnie się robić nie powinno, ale pozostaje to bez komentarza - rozumiem, czas antenowy jest drogi i w ogóle... 
          "Zaklinacz psów" nie przekonuje mnie swoimi technikami, które są prawie wyłącznie awersyjne, bombardowanie bodźcami, korekty smyczą, nogą, ręką i dziwnymi dźwiękami. 
          Wiem, że zarówno i ten i ten program ma swoich fanów i zagorzałych antyfanów. Ja jestem gdzieś pomiędzy - podobają mi się niektóre rzeczy, które widzę w "Przygarnij mnie" i podobają mi się niektóre rzeczy (choć jest ich naprawdę niewiele) w "Zaklinaczu Psów". Szukałam czegoś pomiędzy tym słodkim i cukierkowo-pozytywnym światem, a światem awersji... Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że znalazłam już taki program - i to dawno!


          Jego główną wadą (dla mnie niekoniecznie) jest to, że nie jest on pokazywany w Polsce. Spotkać go można jedynie na stacjach niemieckojęzycznych, a nazywa się "Der Hundeprofi", czyli taki "specjalista od psów" - nie chcę użyć słowa zaklinacz, bo Martin Rütter nie posługuje się "magią" - on szkoli, obserwuje, radzi długofalowo - to ten typ szkoleniowca, który nie naprawi psa w 15 min, ale w kilka tygodni, miesięcy - aktywną pracą... właścicieli. On pokazuje im drogę i sposób, ale to właściciel w domowych warunkach, w codziennych sytuacjach ma to z psem przepracować, a nie na sterylnym, spokojnym placu szkoleniowym, na który swoich klientów "programowych" zabiera bardzo rzadko. 
          Martin jest w przeważającym stopniu szkoleniowcem pozytywnym, ale w przypadku psów o mocniejszym charakterze, i kiedy inne metody zawodzą, zdarza mu się używać metod awersyjnych - dostosowując je do danego psa. Nawet kiedy oduczał dwa psy tego samego właściciela darcia japy przy płocie to używał tego samego bodźca awersyjnego, ale w różnych natężeniach - w tym przypadku była to plastikowa butelka ze śrubkami i nakrętkami w środku (taka tańsza wersja dysków treningowych z Trixie) - jednego psa z szczekowego zawiasu wyrywało samo jednorazowe "trzęsienie" butelką u drugiego butelka musiała się w jego stronę potoczyć - po niedługim czasie przy obojgu starczył sam dźwięk. Co ważne - tą początkową, mocniejszą awersję stosował on, żeby właściciel w późniejszym okresie mógł stosować łagodniejsze acz przez skojarzenie równie skuteczne metody - na zasadzie "mnie twój pies nie musi lubić, ale tobie ma nadal ufać". Nie pamiętam ile dokładnie trwała "terapia", ale pomogło - pani mogła się zrelaksować z psami w ogrodzie, psy kochały ją równie mocno jak kiedyś, ale nie zrywały się na każdy szelest za płotem. Sielanka.

Ten dość długi wstęp ma na celu przede wszystkim przedstawienie osoby Rüttera aby przytoczona na końcu rozmowa nie była oglądana przez pryzmat człowieka, który jest hiper-mega pozytywny pt. "wytępmy ludzi, psom będzie lepiej" - ma zdrowe podejście do tematu, nie jest skrajną postacią. Myślę, że to dość istotne w ewentualnej wolnej interpretacji rozmowy dwóch specjalistów.

To może trochę suchych faktów:


Martin Rütter – urodzony w 1970 roku początkowo pasjonat piłki nożnej, chciał zostać dziennikarzem sportowym, skończył również studia w tym kierunku. Jego drugą pasją były psy. Podczas wycieczki do Australii w 1992 roku miał okazję studiować zachowania i życie psów dingo. Po studiach psychologii zwierząt postanowił, że właśnie szkolenie psów jest jego powołaniem. 
          W 1995 roku stworzył „Zentrum für Mensch und Hund” (Centrum dla człowieka i psa) i rozwinął D.O.G.S (Dog Orientated Guiding System) – rodzaj indywidualnego i „partnerskiego” szkolenia ludzi i psów. Od tego czasu wykształcił ponad 150 osób, które pracują według tej filozofii. W ten sposób w różnych rejonach Niemiec, Szwajcarii, Austrii powstało ponad 100 szkół DOGS, które działają zgodnie z filozofią wyznawaną przez Rüttera.
          Od 2003 roku występuje również w telewizji. Prowadzi program „Der Hundeprofi”, który emitowany jest na programie VOX. Jest również głównym bohaterem programu „Der Hundeprofi unterwegs” (specjalista od psów w podróży), gdzie wkracza na sobie nie całkiem znane ścieżki. Spotyka ludzi, którzy zajmują się zwierzętami (głównie psami) i zbiera nowe doświadczenia. Są to np. osoby pasjonujące się psimi zaprzęgami, osoby szkolące psy dla osób niewidomych, pani która na kilka miesięcy w roku przeprowadza się w Alpy i tam ze swoimi borderami opiekuje się ogromnym stadem owiec, pomaga weterynarzowi pracującemu dla osób ubogich (tak, tak w Niemczech osoby bezdomne, czy na zasiłkach mogą swojego zwierzaka leczyć taniej), zapoznawał się z funkcjonowaniem stad wilków, spędził cały dzień i noc z bezdomnym mającym psa i wiele wiele innych, a także uczył się jazdy konnej pod okiem niemieckich specjalistów od koni – warto nadmienić, że cholernie się koni boi :). 

Gdzie ten koniarz? A no tutaj, bo jest jeszcze jeden program w tym klimacie, ale dotyczący koni.


Również emitowany na VOX, również tylko na programach niemieckojęzycznych. Nie znam się na koniach (wiem jedynie jak z nich nie zsiadać ;)), więc nie jestem w stanie stwierdzić, czy techniki stosowane przez dwoje prowadzących są dobre - bo skuteczne są na pewno, ale "dobre" i "skuteczne" nie musi iść w parze ;). Skoncentruję się na panu z prawej. Odrobina suchych faktów:


Bernd Hackl – w wieku 14 lat zaczął jeździć konno i z zaciekawieniem obserwował relację człowiek-koń. W wieku lat 17 odkrył western riding. Co raz bardziej zafascynowany końmi zaczął się zapoznawać z fachową literaturą i obserwować specjalistów. Odbywał praktyki zarówno z Niemczech jak i Stanach Zjednoczonych na Derby Daze Farm – Ocala na Florydzie. 
          Po powrocie do Niemiec przejął Moonlight-Ranch w rejonach Roßbach. Pracował głównie z młodymi końmi, ale zgłaszało się do niego sporo osób mających problemy ze swoimi końmi – konie gryzły, stawały dęba, zrzucały jeźdźców… Brał też udział w zawodach i turniejach, zaczęło mu jednak brakować zarówno miejsca jak i koni nadających się na turnieje, dlatego w 1997 ponownie wrócił do Ameryki. Tam szkolił się dalej i jego fascynacja wciąż się pogłębiała. Po powrocie do Niemiec wycofał się z uczestnictwa w turniejach i poświęcił się w pełni szkoleniu koni do jazdy rekreacyjnej i pomocy koniom stwarzającym problemy. Aktualnie jego ranczo znajduje się w Ruhmannsfelden.

          Pewnego dnia Martin Rütter zapytał go, czy chciałby stać się częścią programu „Die Pferdeprofis” (specjaliści od koni ;)), gdzie razem z Sandrą Schneider pokazywaliby jak radzić sobie z problemowymi końmi. Przystał na to.
Jego dewizą dotyczącą wywierania presji na koniu jest: tyle ile trzeba, najmniej jak to możliwe. Ważne są dla niego szacunek i zaufanie we współpracy z koniem.

Co łączy tych ludzi? Pomijając, że każdego z nich można ujrzeć na VOXie połączył ich również program, o którym wspominałam powyżej:


Pod okiem Sandry Schneider Martin nauczył się podstaw jazdy konnej - rzecz jasna westernowej, ale także pracy z ziemi, jak lonżowanie. Dalsza część programu ma miejsce już na farmie Bernda Hackl. Tam pomijając przeganianie bydła, pomoc w podkuwaniu konia i strzyżeniu owiec miała miejsce bardzo ciekawa rozmowa, do której nawiązuje tytuł. Wrzucę oryginał dla osób władających językiem niemieckim, bo moje tłumaczenie może co nieco ująć tym słowom (jak chyba każde tłumaczenie).

M.R.: Ich mach das jetzt knapp 25 Jahre und ich frag mich ja trotzdem immer wieder, moralisch, wozu hat man ein Recht und wozu nicht?
B.H.: Da gib ich Dir Recht.
M.R.: Ich bin bei 9 von 10 Fällen damit beschäftigt dem Hund was abzugewöhnen wofür er explizit gemacht wurde. „Och, Herr Rütter ich hab `nen kleinen Münsterländer der jagt“ - oh Mensch das ist ja ne Überraschung. „Wir haben einen border collie der treibt die Kinder dauernd zusammen“ - ach Mensch das ist ja neu.
B.H.: Bei mir ist es genau so. „Booch ich hab einen Galopper und der rennt ständig“ – ja ist ja ein Galopper, ist ja für Galopprennen gezüchtet worden. „Boooch mein Traber kann nicht angaloppieren“ – och sieh mal da.
M.R.: Und das find ich schon eine moralische Frage auch zu sagen: man züchtet hochspezialisierte Hunde und sie dürfen nix von dem eigentlich ausleben und was dürfen wir als Menschen allgemein mit Tieren? (…) Irgendwie hab ich das Gefühl je mehr ich darüber nachdenke, je weniger find ich `ne Antwort.
Erzähler: Was darf der Mensch mit Tieren tun? Zu lernen ihr Wesen zu verstehen ist bestimmt der richtige Weg – da sind sich die Profis einig.

A po naszemu znaczy to mniej więcej tyle:

M.R.: Robię to (w domyśle szkolenie) od blisko 25 lat i mimo wszystko wciąż się zastanawiam do czego, moralnie, mamy prawo a do czego nie?
B.H.: Tu masz rację.
M.R.: W 9 na 10 przypadków muszę oduczać psa czegoś do czego został właściwie stworzony. "Och Panie Rütter mam małego Münsterländera, który poluje" - no popatrz, co za niespodzianka. "Mamy border collie, który cały czas zagania dzieci" - a no to nowość.
B.H.: U mnie jest to samo. "Aaach mam konia galopującego* i on ciągle biega" - no tak jest w końcu koń galopujący* one były hodowane do wyścigów w galopie. "aaach mam kłusaka, który nie chce galopować" - no popatrz!
M.R.: I to jest właśnie to moralne pytanie. Trzeba powiedzieć: hodujemy wysoko wyspecjalizowane psy i właściwie nie mogą one korzystać ze swoich umiejętności. W takim razie ile nam, jako ludziom, wolno ingerować w naturę zwierząt? (...) Mam wrażenie, że im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej nie potrafię znaleźć odpowiedzi.
Narrator: Ile wolno ingerować w naturę zwierząt? Można się uczyć rozumienia ich natury - to jest prawidłowa ścieżka, co do tego specjaliści są jednego zdania.

          Usłyszałam te słowa i rzuciłam się na laptopa żeby znaleźć ten odciek, nagrać te wypowiedzi i Wam je tutaj przytoczyć. Generalnie mało jest momentów w życiu kiedy ktoś mnie doprowadza do zaniemówienia, ale to był właśnie taki moment.
          Nie ma właściwie możliwości rozwiązania tego problemu. Z psem pasterskim można podjeżdżać raz na jakiś czas "na owce". Bernd Hackl hoduje również bydło i jego australian cattle dogi właściwie żyją na tej farmie trochę obok człowieka, mając jego pełną opiekę i równocześnie mogąc korzystać ze swoich popędów. Co jednak z psami myśliwskimi? Wyżłami, spanielami, gończymi, ogarami? Przecież nie można ich wszystkich puścić w las żeby mogły zaspokoić swoje popędy. Dla chartów można jeszcze się bawić w coursing, ale to nie to samo co gonienie zająca po pustyni... A te psy, co faktycznie legalnie polują spotykają się w Polsce z głęboką niechęcią - chociaż może mniej psy, co myśliwi.
          Wraz ze zmieniającym się społeczeństwem zmieniają się również oczekiwania wobec psów - same psy niekoniecznie się zmieniają, bo przecież wyżły weimarskie mają takie piękne umaszczenie, spaniele wyglądają tak smutno-uroczo, bordery tak szybko się uczą, terriery tak chętnie bawią, a husky ma takie ładne oczy... W każdym z tych psów siedzi instynkty, o ile hodowla ich nie wytępiła, które te psy mają często zakorzenione głębiej niż dobre wychowanie.

Czy jest jakieś wyjście z sytuacji, które nie zaszkodzi żadnej ze stron?

Chyba nie ma. Można przekierowywać, modyfikować zachowania psów na swoją korzyść i aby choć trochę psu pomóc, ale to wciąż nie to samo. Czy nasze psy są przez to nieszczęśliwe? Może trochę. W głowie dudnią mi cały czas słowa Agnieszki od Hachika, która powtarza, że Hachiko kocha frisbee, ale najlepiej czułby się, gdyby żył tak jak jego rodzice - na farmie, zajmując się tym do czego został stworzony.

Whisp i Kimko - bordery pracujące przez kilka miesięcy w roku w Alpach - poza sezonem również mają kontakt z owcami

* w Niemczech funkcjonuje określenie "Galopper" odnoszące się do koni hodowanych stricte pod wyścigi konne w galopie jako "przeciwstawne" do kłusaków, które poruszają się w kłusie